Podróż na Wyspy Owcze jest kontynuacją wyprawy na Islandię.

Flaga Wysp Owczych

Dzień 13. 24/06 

Późno wyruszyliśmy z Islandii, a prom nie nadgania całego straconego czasu, więc stopę na lądzie stawiamy dwie godziny później, o 5:00. Dla nas to nawet lepiej, bo mogliśmy dłużej pospać i mieć więcej energii na dzisiejsze odkrywanie nowych, nieznanych terenów. To będzie długi dzień. Ani raz nie udało nam się tak wcześnie wyruszyć, zwłaszcza że późno kładliśmy się spać. Od razu ruszamy eksplorować Wyspy Owcze. Są malutkie w porównaniu do Islandii, więc mamy na to mnóstwo czasu. Niespiesznie zwiedzamy senną i zasnutą mgłą stolicę –  n. Jej nazwa wywodzi się z języka duńskiego i oznacza port Thora – nordyckiego boga burzy i piorunów. Stare miasto wciąż przypomina dawne budownictwo – malutkie i kolorowe domki w stylu skandynawskim, oczywiście z dachami pokrytymi trawą.

port w Thorshavn

Thorshavn o świcie

Na ławeczce w Thorshavn

Po krótkim zapoznaniu się z miasteczkiem zamieszkałym przez 12 000 Farerczyków, ruszamy na przejażdżkę z zamiarem zaliczenia wszystkich „kwiatków” na mapie, czyli punktów widokowych. Żeby dotrzeć do pierwszego, zbaczamy z głównej drogi na wąziutką ścieżkę wijącą się na sam szczyt  wzniesienia ostrymi serpentynami. Widok stąd jest przepiękny! Otaczają nas góry, a ich ostre szczyty przebijają się przez gęstą mgłę, która jeszcze nie zdążyła się rozpierzchnąć. Dopiero na kolejnej przerwie, przy porannej kawie, mgła odsłania przed nami nieodgadnione dotąd oblicze doliny. Nie zaskakuje nas widok morza. Wyspy są tak małe, że ich drogi praktycznie cały czas wiodą wzdłuż wybrzeża.

Jeden z punktów widokowych

Przerwa na poranną rozgrzewającą kawę

Wybieramy się również do Vestmanna, gdzie rzekomo jest szansa spotkać maskonury. Na Islandii się nie udało, więc może tu szczęście się do nas uśmiechnie… Okazuje się, że da się stąd jedynie popłynąć dalej statkiem wycieczkowym w poszukiwaniu ptaków. Ewelina z Dominikiem wybierają tę opcję, reszta zaś rusza do Sørvágsvatn, aby zobaczyć wodę na dwóch poziomach. Słodkowodne jezioro kończy się 40-stostopniowym wodospadem, który wpada do słonego Oceanu Atlantyckiego. Wycieczka zajmuje nam 3 godziny, co jest przyjemną odmianą dla nieustannego siedzenia na motocyklu. W międzyczasie Lelony dołączają do nas, uzupełniamy zapasy żywnościowe w Bonusie i jedziemy do kolejnego punktu widokowego, gdzie krajobraz rozpościera się na ocean i inną górę wyrastającą wprost z oceanu. Tutaj mamy czas na obiad. Słońce tak mocno grzeje, że już po kwadransie wszyscy nabieramy intensywnych kolorów. Przerwa przedłuża się i dopiero półtorej godziny później ruszamy dalej. Przemierzamy interesującą i wijącą się w różne strony drogę docierając do laguny z czarnym piaskiem. Trasa jest szerokości jednego samochodu, lecz i tak przez cały ten czas nie mijamy nikogo prócz blokujących nam przejazd owiec. Trudno się dziwić skoro całe wyspy zamieszkuje zaledwie 50 000 wyspiarzy i aż 70 000 owiec.

Widok z drugiej strony klifu

Wodospad spływający z jeziora do oceanu

Sceneria w czasie przerwy obiadowej

Drogi na Wyspach Owczych prowadzą wzdłuż wybrzeży

Wieczorem przybywamy na kemping w Eiði, który jest położony na miejscu starego boiska piłkarskiego. Warto tutaj nadmienić, że Farerczycy są dobrymi piłkarzami i niemal w każdej wiosce znajduje się pełnowymiarowe boisko sportowe umożliwiające miejscowym rozwój kariery. Pole kempingowe wypełnione jest po brzegi… tubylcami! Dowiadujemy się, że mimo niewielkich odległości, wyspiarze chętnie wyjeżdżają kamperami na weekend, aby spotkać się z innymi i spędzić czas na świeżym powietrzu. Wszyscy się znają, są zżyci ze sobą, a przy tym bardzo, bardzo przyjaźni i gościnni. Jedna z legend głosi, że niegdyś wikingowie płynęli z Danii osiedlić Islandię. W czasie podróży niektórych dopadła choroba morska, więc zostali wysadzeni po drodze na Wyspach Owczych. A zatem „Farerczycy są chorzy na morzu”. 

Przyjmują nas do swojego grona zachęcając do śpiewania szant w ich języku. Gra gitarka, atmosfera jest super! Właściciele pola namiotowego otwarcie nam mówią, że rozkręcili biznes rok temu w ramach terapii po nagłej śmierci ich 19-sto letniej córki. Idzie im to świetnie i oby tak dalej, bo warto przeżyć czas z tymi ludźmi. Martin osobiście przygotowuje nam kąpiel w jacuzzi napełniając je wodą i dorzucając drew do kominka znajdującego się w wannie. Tak jest podtrzymywana temperatura wody. Ciekawe rozwiązanie i super wrażenie spędzania czasu w gorącej wodzie, podczas gdy wiatr wokół mocno dmie, a chmury przygaszają otoczenie. Zapowiada się, że jutro pogoda będzie mniej rozpieszczać.

Niestety długo z Ewą nie zabawiamy w jacuzzi, bo po jakichś pięciu minutach dzieci, które zarezerwowały i zapłaciły za kąpiel, delikatnie nas wyganiają. 😉 To Martin ich prosi, żeby się chwilę wstrzymały i poczekały aż „panie” wyjdą. Dopiero później się zorientowałyśmy, że miałyśmy aż godzinkę zarezerwowaną pod warunkiem, że wejdziemy o konkretnej porze. Trudno, przychodzi czas na dzieci. Szybko wyskakujemy więc z wody i przemieszczamy się do swoich ciepłych śpiworów, żeby zapaść w niespokojny, przerywany świstem wiatru sen.

 

Dzień 14. 25/06

Dzisiaj totalny relaks. Wstajemy z Łukaszem o normalnej porze i planujemy trzydniową trasę po Danii, podczas gdy reszta ekipy nabiera sił i dosypia. Popołudniu, gdy już wszyscy się „ogarniają”, ruszamy na wycieczkę i zaliczamy kilka pięknych górskich tras, a także zamieszkałą przez 30-stu mieszkańców, 400-letnią wieś Gjogv. Wioska leżąca na samej północy wyspy Eysturoy, mieni się intensywnymi kolorami elewacji domków postawionych w przypadkowej odległości od siebie. Spomiędzy nich, gdzieś w centrum wystaje wyższa od reszty turkusowa wieża kościółka. Przez jej środek leniwie wije się strumyk, żeby na końcu wpaść do oceanu prosto z ostrych jak brzytwa klifów.

Gjogv

400 letnia wieś Gjogv

Wieczór na kempingu jest jeszcze ciekawszy niż wczorajszy! Najsławniejszy piosenkarz Wysp Owczych koncertuje, a jego śpiew i gra na gitarze przypominają mi „Stare Dobre Małżeństwo”. Z tej okazji dzieci przygotowały zielone babeczki, upiekły ciasta, a kobiety ugotowały Farerską zupę, którą jesteśmy częstowani. Przepyszny rosół z kluskami ugotowany na baraninie. Dodatkowo Martin załatwia nam grilla, na którym możemy przygotować sobie kupione wcześniej kiełbaski. Popijamy je piwkiem. Czegoż chcieć więcej?

Przygotowane przez dzieci babeczki

Po jakimś czasie biesiadowania, dołącza do nas mieszkanka wysp i raczy nas opowieściami o tutejszym życiu, klimacie, zwyczajach i wierzeniach. Częstuje nas również miejscowym przysmakiem – suszonym wielorybem! Kawałki przypominają nieco chipsy, lecz mają gumowatą konsystencję, ciemnobrunatny kolor, gorzko-kwaśny smak, a zapach… hm, niezbyt ładny. Niektórzy z nas żują, żują i przeżuć nie mogą, podczas gdy inni zajadają bez problemu. Dowiadujemy się, że mięso wielorybów obecnie jest tak zanieczyszczone, że szczególnie młode kobiety nie powinny go spożywać. Nasza nowa znajoma przyznaje, że niestety oni sami przyczyniają się do zanieczyszczania wody poprzez rozwijający się przemysł. Przy okazji poruszamy kontrowersyjny temat zabijania przez nich wielorybów i innych waleni. Chcemy więcej się dowiedzieć oraz poznać subiektywne opinie lokalnych. Kobieta tłumaczy, że mieszkańcy nie zabijają wielorybów, lecz to one do nich przypływają i się poświęcają. Dodaje szybko, że każdy w wiosce dostaje taki sam przydział mięsa, co zostaje skrupulatnie odnotowane w protokole. Nigdy nie zabijają więcej niż potrzebują. Mocno podkreśla, że wyspiarze muszą jeść mięso, gdyż nie mają wcale warzyw i owoców. Dociera do nas, że ona nie stara się usprawiedliwiać, ale silnie wierzy w swoje przekonania. Każdy kraj ma swoje tradycje lub rytuały wymagające racjonalizacji. Dyskusja z wyspiarką jest bardzo interesująca i wzbogacająca.

Wietrzny i zimny wieczór dobiega końca, a my szybko zasypiamy. 

 

Dzień 15. 26/06

To nasz ostatni dzień na urokliwych wyspach. Pobudka podobnie jak wczoraj. Poznajemy z Łukaszem na kempingu parę Polaków z Gdynii, którzy spędzają dwutygodniowy urlop wędrując po Wyspach Owczych. Interesujące jest, że ktoś wybrał taki kierunek nieprzypadkowo. Przypuszczam, że my, gdyby nie zniżka dla motocyklistów, raczej nie planowalibyśmy tutaj lądować. Para opowiada nam o wyspie Mykines oddalonej najbardziej na zachód, która cała jest rezerwatem Maskonurów. Ilość zamieszkujących ptaków ją jest ogromna! Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, że chodząc po wyznaczonej ścieżce mogą deptać po norach, a czasem i znajdujących w nich zwierzętach! Szkoda, że tak późno dowiadujemy się o tym miejscu i już nie zdążymy go odwiedzić. Jest to wycieczka na cały dzień, gdyż stateczek odpływa tylko raz dziennie, zostawia ludzi w rezerwacie parę godzin i potem wraca. Nie ma możliwości zatem samemu ustalić ile czasu chce się poświęcić na tę atrakcję. Następnym razem nam się uda.

Zanim wszyscy są gotowi do dalszej drogi, my z Łukaszem penetrujemy okolice spacerując po klifach. Po chwili 2 samotne 75-cio metrowe skały Risin i Kellingin wynurzają się wprost z wody – giganty, które według legendy, dawno temu próbowały przyciągnąć Wyspy Owcze do Islandii i zamieniły się w głazy ponosząc klęskę.

Po naszym powrocie ze spaceru, reszta ekipy jest już na nogach i deszczową porę spędzamy grając. Dopiero popołudniu pogoda się poprawia, więc jedziemy jeszcze zobaczyć wodospad, o którym opowiadała nam wczoraj mieszkanka. Jego zdjęcie widniało na okładce magazynu National Geographic będąc uznanym za najpiękniejsze, a zarazem najbardziej dzikie miejsce. Docieramy do celu cali przemoczeni (deszcz jednak nas nie oszczędził) i niestety nic nie dostrzegamy z powodu rzęsistej ulewy, bardzo niskich chmur i gęstej mgły. Można więc uznać, że przejażdżka była dla… przejażdżki na mokro. 😉

Stamtąd, nie mając wiele do robienia i oszczędzając przy tym sporo czasu, kierujemy się w stronę portu. Przez to docieramy znacznie wcześniej niżbyśmy mogli. Na promie meldujemy się późnym wieczorem, więc od razu kładziemy się spać. 

 

Dzień 16. 27/06

Cały dzień płyniemy. Od bujania człowiek staje się senny. Jakoś nie wyobrażam sobie dwutygodniowych wczasów na statku wycieczkowym. Czas płynie jak dotychczas na promie – granie, spanie, jedzenie, rozmowy, pisanie, planowanie dalszej wycieczki. Nie da się jednak ukryć, że wieczorem atmosfera całkowicie ulega zmianie. Jest wyjątkowa z powodu dzisiejszego meczu w mistrzostwach Euro Islandia – Anglia. Zdecydowana większość osób, która z nami płynie, to Farerczycy, którzy oczywiście kibicują swoim sąsiadom. Bardzo mi się podoba podejście Islandczyków do gry – wyluzowani, z dystansem do siebie. Dodatkowo na mecz przyjechało aż 10% Islandzkich kibiców, więc w przeciwieństwie do Anglików, mieli ogromne poparcie. I pewnie między innymi dzięki temu Islandia wygrała. Anglicy zignorowali niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej przeciwnika i… zdziwili się! Po wygranej Islandii na statku panuje ogromna wrzawa i wielka radość! 🙂 Emocje udzielają się każdemu, nawet osobom bezstronnym. Jest impreza!

Niektórzy kładą się spać wcześnie, inni dopiero koło 1:00. 

 

Dzień 17. 28/06

Przed nami Dania! Tym razem bardzo sprawnie opuszczamy prom w Hirtshals. Jeszcze zanim każdy rozjedzie się w swoją stronę, wstępujemy do kawiarenki na śniadanko i kawkę. Pół godziny później żegnamy się z ekipą, a z Łukaszem jedziemy do wysuniętego najdalej na północ przylądku Skagen Grenen. To tu fale dwóch mórz, Północnego i Bałtyckiego, ścierają się ze sobą płynąc niemalże prostopadle do siebie. Niecodzienny spektakl pochłania naszą uwagę i delektujemy się chwilą podziwiając energiczną walkę żywiołu. Mimo, że Dania jest raczej mało popularnym kierunkiem na wakacje, na przylądku spotykamy mnóstwo turystów.

Gdzie Morze Północne spotyka się z Bałtyckim

Pogoda jest przepiękna, więc nie omieszkamy zatrzymać się również przy Råbjerg Mile – największych w północnej Europie ruchomych wydmach. Piaski przemieszczają się z prędkością 18 m/rok. Nie trzeba trudnych obliczeń, żeby stwierdzić, że za około 100 lat główna droga w pobliskim mieście zostanie zasypana.

Relaks

Ruchome wydmy

Zmierzamy dalej wschodnim wybrzeżem kraju w kierunku południowym napawając się wiejskimi i sielskimi krajobrazami Danii. Nizinny teren pokrywają pola, farmy i wsie. Wydawałoby się, że linia brzegowa jest nieprzerwana, a okazuje się, że przeprawy promowe, które dodają uroku przejażdżce, są nieuniknione.

Przed zmierzchem docieramy w pobliże Parku Narodowego Mols Bjerge, który chcemy eksplorować jutro. Zatrzymujemy się w „piknikowej” zatoczce z przygotowanymi ławeczkami i otoczonej drzewami. Za nimi rozbijamy namiot na skoszonym polu siana. Motocykl nie da się przeprowadzić w głąb, więc montujemy go pomiędzy krzakami i maskujemy liśćmi. 😉 Po kwestiach organizacyjnych przechodzimy do milszych czynności. Przyrządzamy sobie nóżki z kurczaka na jednorazowym grillu i ucztujemy. Na koniec dnia z pełnymi brzuchami i po walce z wszędobylskimi mrówkami, wbijamy się do namiotu, „ryglujemy” drzwi i idziemy spać.

 

Dzień 18. 29/06

Wcześnie rano budzi nas warkot kosiarek w okolicy. Zrywamy się, obawiając się, że Yamaszka zaraz nabierze nowych zielonych barw. Okazuje się, że panowie pracują po drugiej stronie ulicy. Wyrwani jednak już ze snu, spożywamy śniadanie, pakujemy manatki i śmigamy dalej. Dobrze, że zdążyliśmy złożyć namiot w czasie mżawki, bo chwilę później leje już na dobre. Nie oszczędza nas kilkukrotne oberwanie chmury. Delektowanie się naturą w parku narodowym w taką pogodę mija się z celem, dlatego zmieniamy plany. Prognozy pogody w całej Europie wcale nas nie pokrzepiają, gdyż praktycznie nie ma gdzie uciec od tej ulewy. Postanawiamy więc jechać dalej, byle bliżej Brukseli, żeby jutro ją zwiedzić – pogoda powinna być łagodniejsza.

Późnym wieczorem docieramy w Niemczech na kemping, gdzie w ostatniej chwili przed zamknięciem zostajemy przyjęci. Uff, unikamy dzwonienia i rozmawiania przez telefon mową ciała, haha! Zaskakuje nas jedynie dodatkowo płatna ciepła woda pod prysznicem.

 

Dzień 19. 30/06

Dzisiaj mamy w planach zapoznać się ze stolicą Belgii, gdzie chcemy spędzić parę godzin spacerując po centrum. Wypijemy kawkę na dachu muzeum instrumentów, poznamy namiastkę architektury i stylistyki miasta, poczujemy jego klimat i atmosferę.

Kiedy dojeżdżamy do Brukseli, jest już popołudniu. Ładujemy się w ogromny korek, który ostudza nasz entuzjazm. Wreszcie, udaje się zaparkować. Jest parno, ale mżawka póki co, nie nasila się. Ze względu na miejsce, w którym zaparkowaliśmy musimy zabrać ze sobą kaski i wszystko, co mamy na sobie. Niekomfortowo zwiedza się miasto w ten sposób, ale nic to! Przechadzamy się po centrum, lecz po dwóch godzinach mamy dość i niestety nie wpadamy na pomysł znalezienia tutaj noclegu i zwiedzania jutro cały dzień bez zbędnych kilogramów. Zamiast tego ruszamy dalej pakując się w jeszcze większy korek w godzinach szczytu! Droga cały czas prowadzi tunelami pod centrum skąd nie da się uciec ani mijać samochodów. Pozostaje nam tylko w ślimaczym tempie przemieszczać się w centymetr po centymetrze wraz z innymi. Tracimy cierpliwość, frustrujemy się.

Kiedy wreszcie udaje nam się wydostać, ciśniemy aż do Calais, skąd mamy prom. Co prawda odpływa dopiero jutro, ale mamy nadzieję, że za niewielką opłatą uda nam się popłynąć wcześniej… Niestety cena zmiany rezerwacji jest zaporowa (dużo wyższa niż zapłaciliśmy za bilety w obydwie strony), więc postanawiamy rozbić namiot w pobliżu i poczekać na naszą porę.

Zachód słońca w Calais

 

Dzień 20. 01/07

Dzień wita nas chłodem i ponurymi chmurami wyrzucającymi z siebie nadmiar wody. Spędzamy go leniwie spożywając późne śniadanie w kawiarence w Auchan. Sporo czasu zajmuje nam dotarcie do niej, ponieważ kobieta tłumacząc nam drogę z kempingu, prawdopodobnie założyła, że wykorzystamy samochód, a nie własne nogi. Pobyt w kawiarni łączymy z suszeniem się, co połowicznie się udaje, lecz w drodze powrotnej mokniemy na nowo. Z obiadem szalejemy i wstępujemy do McDonalda. 😉 A po nim jedziemy już do portu, sprawnie przechodzimy odprawę i przypływamy promem o czasie.

W przeciwieństwie do reszty Europy, w Anglii wita nas intensywne słońce. Akurat zachodzi i utrudnia jazdę, gdyż niskie słońce zawsze razi w oczy i nawet blendy nie pomagają. Ponadto promienie słoneczne odbijają się od mokrego asfaltu skutecznie nas oślepiając. Przed nami jawi się potężna, nisko wisząca chmura. Oho, będzie mokro. I rzeczywiście wjeżdżamy w koszmarną ulewę, jakby ktoś wiadrami wylewał wodę. Choć ciągnie się około 60 kilometrów, na szczęście jest jedyną, co jest dobrym wynikiem zważywszy, że w całej Anglii ogółem pada. Nagrodą za przejechanie przez ten wzburzony żywioł jest przepiękna o mieniących się kolorach, tęcza. Jej intensywność podkreśla czarne tło burzowej chmury. Najpiękniejsza tęcza jaką kiedykolwiek widziałam. Nie mam jak zrobić zdjęcia, ale taki widok na pewno pozostanie w mojej pamięci.

Do Bicester docieramy koło godziny 22:00. Kiedy wchodzę do domu, mam poczucie, że salon jest zbyt duży. Myślę, że to moja percepcja przestrzeni zmieniła się po trzech tygodniach spania w niewielkim namiocie i podróżowania w ogromnych odległościach pomiędzy majestatycznymi górami.

 

6000 kolejnych kilometrów zostawiamy za nami, a nowe doświadczenia, nowe przygody i nowe wspomnienia zachowujemy…

Udostępnij: