Dzień 1. 12/06

Zapakowani i „przeładowani” (hasło wyprawy) ruszamy z Bicester jeszcze zanim słońce wzejdzie nad horyzont. Mamy 2 dni na dotarcie do Hirtshals w Danii, gdzie czeka na nas prom do legendarnej Islandii – wyspy Ognia i Lodu. Niestety nie ma żadnego połączenia między Wielką Brytanią a Danią (nie wspominając o Wyspach Owczych), co bardzo by nam ułatwiło przemieszczenie się do docelowego miejsca, lecz musimy pokonać podobny dystans jak reszta ekipy z Krakowa. A wydawałoby się, że z Anglii do Danii jest rzut beretem. Nasza trasa do Hirtshals wiedzie przez Anglię, Francję, Belgię, Holandię, najdłuższy odcinek – Niemcy i całą długość Danii, gdzie spotkamy się z pozostałymi motocyklistami: Wojtkiem i Ewą oraz Dominikiem i Eweliną (zwanymi dalej Lelonami).

W pełni zapakowany i “przeładowany” motocykl

To dopiero nasza trasa dojazdowa do celu, którą chcemy jak najszybciej pokonać, a już wzbudzamy spore zainteresowanie na każdym postoju. Ludzie podchodzą, zagadują, klepią po ramieniu i życzą szczęśliwej podróży. A kiedy nie mają jak podejść, po prostu unoszą kciuki w górę. Prawdopodobnie nasza rozpoznawalność wzrosła dzięki jaskrawo pomarańczowym workom na kufrach bocznych. 😉

W oczekiwaniu na prom do Calais

Pierwszy nocleg znajdujemy na północy Niemiec po przejechaniu prawie 1000 km. Na przypadkowy kemping docieramy późno, więc opuszczony szlaban wcale nas nie zaskakuje. Dzwonimy pod wskazany na tablicy numer i ze zdziwieniem odkrywamy, że jednak nie każdy Niemiec zna język angielski. A my za to ani słowa (poza „kaput”) po niemiecku. Niestety nie dogadujemy się. Kontaktujemy się więc z ciocią Basią mieszkającą w Niemczech, która załatwia nam miejsce na pobliskim polu namiotowym. Rozbijamy się i próbujemy suszyć przemoknięte ciuchy.

I już mamy pierwszy wniosek z pierwszego dnia: warto nauczyć się chociaż kilku podstawowych zwrotów w języku kraju, do którego jedziemy 😉

 

Dzień 2. 13/06

Pogoda wcale się nie poprawia, wszystko jest przemoczone. Dodatkowo deszczówka wlała się do przedsionka na plandekę i zalała nam część ubrań i butów. Hola, plan moknięcia był na Islandii, a nie w drodze do niej! Dopiero 100 km przed Hirtshals słońce zaczyna przyjemnie rozgrzewać. Korzystamy ze sposobności i obwieszamy motocykl mokrymi rzeczami niczym choinkę w Święta Bożego Narodzenia, które schną w ekspresowym tempie.

Na miejsce docieramy koło 21:00, a pozostała część grupy godzinę później. Niektórzy jeszcze dopracowują system ogrzewania ciuchów na chłodną Islandię, albo wymieniają złamany podnóżek pasażera na nowy.  Zanim kładziemy się spać, podziwiamy zachód słońca na pięknej plaży nieopodal. Jesteśmy pod wrażeniem, że o północy wciąż jest jasno. Biała noc polarna to dopiero będzie zjawisko!

Zachód słońca w Hirtshals

 

Dzień 3. 14/06

Czas płynąć! Startujemy rano, a przed nami dwa i pół dnia na promie. Wszystkie motocykle parkują z przodu pokładu… oprócz naszych trzech i kilku innych, które już się nie mieszczą. Montujemy motocykle po drugiej stronie, co przy wyjeździe z promu okaże się wielką porażką.

Nocleg mamy… pod pokładem z samochodami! Nie polecam osobom z klaustrofobią. Przypominają kuszetki w przedziałach pociągu bez okien z wahadłowymi drzwiami wejściowymi jak do baru na Dzikim Zachodzie. Odległości łóżek między sobą nie pozwalają nawet niskiej osobie siedzącej poniżej na całkowite wyprostowanie się. Kajuty są dzielone na męskie i damskie. Nam udało się zarezerwować jedno pomieszczenie dla całej ekipy, więc cieszymy się, że jesteśmy razem. Poza kabinami, oprócz standardowych udogodnień typu toalety z prysznicami i restauracja, jest tu także kino, basen, sauna, siłownia, czy pokój gier z konsolami. Nie ma miejsca na nudę i taka przeprawa promem może minąć w ekspresowym tempie!

Dziewięcioosobowa kajuta

Wiatr wieje mocno. Mimo to, warto wyjść na zewnętrzny pokład na ósmym piętrze w celu orzeźwienia się i zaczerpnięcia witaminki D na słońcu. Wszyscy jesteśmy w dobrej kondycji, choć czasem mocniej buja.

Poznajemy Norberta mieszkającego w Reykjavik od czternastu lat. Wsłuchując się w jego opowieści o życiu na Islandii, przyzwyczajeniach i tradycjach rodzimych mieszkańców, nawet nie zauważamy jak czas mknie. Norbert pracuje jako kierowca autobusów wycieczkowych, więc potrafi nam polecić miejsca warte zobaczenia i zachęca też do życia na wyspie. Kusząca propozycja… 😉 Warto spotkać taką osobę – jest się bogatszym o wiedzę i ciekawostki, których w przewodniku nie znajdziemy.

Ekipa z Norbertem na promie

 

Dzień 4. 15/06

Nadal płyniemy. Czas jakby zwalnia. Spędzamy go dopracowując trasę, konfigurując interkomy w kaskach, grając w gry wymagające mniej lub bardziej myślenia. Około godziny 17.00 cumujemy do Wysp Owczych, gdzie prom ma półgodzinną przerwę na przeładunek. Port Thorshavn zapełniają kolorowe domki z rosnącą trawą na dachu. Przycumowane łódki i stateczki spokojnie unoszą się na delikatnych falach czekając na swoją kolejkę do wypłynięcia.

Konfiguracja interkomów w pokładowym barze

Thorshavn – port i stolica Wysp Owczych

 

Dzień 5. 16/06

Nareszcie wybija godzina 8.00, co oznacza, że wkrótce zejdziemy z promu!! Wszyscy zostali poproszeni o opuszczenie kabin godzinę przed przycumowaniem. Teraz gnieżdżą się blisko schodów i wind w oczekiwaniu na możliwość szybkiego zejścia do swoich pojazdów. Nie możemy się doczekać, pragniemy wreszcie poczuć stały grunt pod nogami… Ale hola, hola! Nie tak szybko! Okazuje się, że kampery, które mają wyjechać jako pierwsze, są za wysokie i uderzyłyby dachem w rampę, na której parkują inne samochody! Cóż, nic straconego (oprócz naszego czasu). Obsługa wdraża plan B: samochody muszą nawracać, objechać pokład wokół i dopiero wtedy wyjeżdżać, a my za nimi na samym końcu! Motocykle przycumowane z przodu już dawno są w trasie, podczas gdy my  tracimy jeszcze parę godzin do momentu, kiedy wreszcie możemy opuścić prom i ujrzeć piękno dzikiej i nieobliczalnej Islandii.

Już pierwsze widoki zapierają dech w piersiach. Podążamy serpentynami wijącymi się między ośnieżonymi szczytami gór, na szczęście droga pozostaje czarna. Najpierw pniemy się do góry, żeby zaledwie 20 km dalej znów zjechać na poziom zero do najbliższej wioski. Wydychana para z ust tylko poświadcza o zimnie odbijającym się od zacienionych zboczy i wnikającym przez nasze ubrania do szpiku kości. Dobrze, że przygotowaliśmy się na taką okoliczność zakładając co najmniej kilka (co poniektórzy może nawet kilkanaście) warstw ubrań i rękawic na siebie.

W Egilsstaðir uzupełniamy zapasy żywnościowe i wodę z kranu, która jest zdatna do picia na całej wyspie. Po chwili mkniemy dalej krajową „jedynką” na południowy zachód. Jeśli chcemy dotrzeć do pierwszego zaplanowanego punktu, laguny lodowcowej Jökulsárlón, musimy pokonać 230 km. Zaskakuje nas zmienność krajobrazu na trasie wiodącej górami, dolinami, czasem po asfalcie, a czasem po szutrze. Żwir na drodze przy nachyleniu stoku o 14% w dół i 180-cio stopniowych winklach nie jest błahostką dla motocyklistów. Nawet Wojtuś – bardziej doświadczony kierowca – zdaje się być mocno skupionym i nieco zestresowanym w obliczu wyzwania o czym świadczy jego zaniepokojony głos mówiący: “jest interesująco…”. Dodatkowo nagłe i silne podmuchy wiatru bocznego podnoszą ciśnienie. Trzeba szybko reagować i mocno kontrować motocykl. Na szczęście nikogo z nas nie spycha, w przeciwieństwie do Dave. Anglik, którego poznajemy później na trasie, opowiada nam historię jak wiatr zupełnie niespodziewanie zdmuchnął go z GS-em na sąsiedni pas. Dobrze, że było wtedy pusto…

Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, kiedy Jökulsárlón wreszcie ukazuje się przed naszymi oczami. Jezioro polodowcowe mierzące 248 metrów głębokości (najgłębsze na Islandii) wypełnione jest ogromnymi pływającymi bryłami lodowymi. Te zaś pozostały po cofającym się znad wybrzeża Oceanu Atlantyckiego lodowcu Breiðamerkurjökull widocznym w tle. Krajobraz tutaj często ulega przeobrażeniu. Czasem gigantyczne kry zapełniają jezioro całkowicie, co umożliwia odważniejszym „spacer” po nich. Innym razem, także podczas naszej wyprawy, olbrzymie bryły spływają sobie leniwie w sporych odległościach od siebie. Po drugiej stronie drogi zauważamy ”diamentową plażę”, na której spychane przez wiatr i fale, bloki lodu topnieją i błyskają w blasku słońca. My nie natrafiamy na wiele brył, ale czasem plaża potrafi mienić się w słońcu jak pełna diamentów. Za to mamy szczęście spotkać fokę pluskającą się w wodzie!

Bryły spływające z lodowca Jökulsárlón

Jezioro polodowcowe Jökulsárlón

Diamentowa plaża

Kawałeczek dalej znów zatrzymujemy się przy potężnym lodowcu Svinafellsjökull, po którym można wspinać się godzinami mając odpowiedni ekwipunek. Czuję się taka malutka patrząc na niego…

Lodowiec Svinafellsjökull

Nieopodal jest jeszcze Hofskirkja – kościółek porośnięty trawą i cmentarz. Jest to jeden z sześciu i ostatni stary kościółek zbudowany z torfu w stylu islandzkim. Patronem jest Św. Klementyna.

Kościółek Hofskirkja

Następnie zmierzamy do wodospadu Svartifoss (isl. czarny wodospad), którego woda spływa bazaltowymi słupami przypominającymi organy. Z parkingu do wodospadu prowadzi dwudziesto minutowy szlak pieszy. Mimo jego ogromnej popularności, na szlaku nie spotykamy prawie nikogo. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że już jest późno-wieczorowa pora! A przed nami jeszcze poszukiwanie noclegu, rozbicie namiotów, posiłek….

Czarny wodospad

Brak zmierzchu i ciemności nocną porą potrafi namieszać w głowach. Pozbawia świadomości upływającego czasu. Dopiero zmęczenie dające w znaki sygnalizuje, że pora znaleźć nocleg i odpocząć. Jesteśmy tak wykończeni, że decydujemy się pozostać na nieodległym kempingu, który okazuje się najdroższy i najuboższy w całej Islandii, mimo że jest położony w Parku Narodowym Vatnajökull. 

 

Dzień 6. 17/06 (Islandzki Dzień Niepodległości)

Plan pobudki około godziny 9.00 (po siedmiu godzinach snu) nie powodzi się, bo już o 7.00 ze snu wyrywa nas głos właściciela pola proszący o uiszczenie opłaty za nocleg. Nie udaje się dospać, ale w końcu „nie jesteśmy tu dla przyjemności” i trzeba zwiedzać 😉 Większość zaplanowanych atrakcji na dzisiejszy dzień mieści się przy głównej drodze, więc prawdopodobnie sporo dziś zobaczymy.

Zaczynamy od Dvergharmar – kilku wzniesień z bazaltowymi słupami. Spodziewaliśmy się większych rozmiarów gór. Nie poświęcając im i sąsiedniemu wodospadowi Foss a Sidu wiele czasu, zmierzamy dalej w stronę kanionu Fjaðrárgljúfur. Ten ciągnie się na 2 kilometry, jest głęboki na 100 metrów, a jego środkiem płynie rzeka Fjaðra. Żeby do niego dotrzeć odbijamy od głównej drogi w szutrową, krętą dróżkę. I już jest ciekawiej! Dobra sposobność, żeby nakręcić filmiki zatrzymuje nas na dłużej w tym miejscu. Kanion jest przepiękny! Nie wydaje się być ogromny, ale urzeka mnie jego kolorystyka, jakby delikatna pastelowa i stonowana. Stojąc przodem do kanionu, za naszymi plecami rozpościera się widok na pole pulchniutkich w dotyku gąbkę o nazwie Skaftárhraun. Jest to zastygła lawa wulkanu Laki porośnięta mchem. Erupcja Laki w 1784 r. trwała 8 miesięcy. Lawa zalała wówczas obszar 580 km2 powodując śmierć głodową 25% populacji Islandii. A średnia temperatura powietrza na półkuli północnej spadła o 1°C powodując zimę najbardziej srogą od czterystu lat.

Łukasz na Dvergharmar

Kanion Fjaðrárgljúfur

Zahaczamy jeszcze o Kirkjugólf. Z Islandzkiego słowo to oznacza podłogę kościoła i jest formacją skalną przypominającą plastry miodu.

Kirkjugólf

Następnie kierujemy się do Vík í Mýrdal (isl. zatoka bagiennej doliny), mijając po drodze pustynne tereny wyniszczone przez potężną powódź. Zniszczony obszar nie kojarzy się z niczym wartym obejrzenia. Mnie jednak fascynuje świadomość, jak bardzo natura lub jedno zdarzenie na przestrzeni długiego czasu, potrafi ukształtować teren na wiele setek lat. Wokół nas leżą niedbale porozrzucane kamienie, które woda porwała ze sobą z gór.

W miejscowości pozwalamy sobie na dłuższą przerwę, gdyż pogoda nas rozpieszcza. Nikt by nie powiedział, że w tym miejscu notuje się najwięcej opadów rocznie (2275mm/rok). Po tankowaniu, zamawiamy poleconego przez Norberta i podobno najwspanialszego na całej wyspie hamburgera – Syslumann. Rzeczywiście smakuje wybornie. Pomijając baraninę, której używa się tutaj do wszystkich potraw, w hamburgerze znajduje się także jajko sadzone, bekon. To wszystko podane z frytkami i sałatką z grillowanych warzyw. Pycha! Oprócz tego, kosztujemy narodowej zupy Kjötsúpa, którą przyrządza się z baraniny (a jakże!), z warzyw i kapusty. Poza wyrazistym i charakterystycznym smakiem mięsa, zupa przypomina naszą kapuściankę.

Najsmaczniejszy i najdroższy hamburger na Islandii

Po przerwie, która rozleniwia nas do reszty, udajemy się na jedną z najpiękniejszych plaż z czarnym piaskiem i żwirem. Uroku dodają jej malownicze klify, jaskinia Hálsanefshellir i bazaltowe formacje skalne Garðar – kolumny przypominające wielkie organy. Nie, nie jesteśmy tutaj, aby popływać i poopalać się – pełnia słońca wcale nie świadczy o upałach. 😉 Na plaży Reynisfjara potrafi być niebezpiecznie ze względu na gwałtowne przypływy i wysokie fale porywające ludzi w swoje czeluści. My na szczęście trafiamy inną porą.

Garðar na plaży Reynisfjara

Podjeżdżamy na klif po drugiej stronie plaży, skąd obserwujemy gromadkę białych ptaków dryfujących z falami na kontrastowy czarny ląd. Po czym otrzepawszy swoje piórka dołączają do pozostałych.

Plaża Reynisfjara

Następnie mozolnie wspinamy się na płaskowyż Dyrhólaey – rezerwat ptaków, w tym również maskonurów. Droga nie należy do łatwych. Jest luźno położonym żwirem z dużymi kamieniami, wytworzonymi koleinami i ostrymi zakrętami. Dodatkowo pod górę. Tracimy z Łukaszem przyczepność na wybojach i prawie przewracamy motocykl. Łukasz podpiera się nogą, ja zsuwam się na jego siedzenie, dołączam moją nogę i współpracujemy. Tak trzymając pochyloną Yamaszkę, czekamy na Wojta i Ewę, którzy przybiegają z odsieczą i wszyscy razem przywracamy motocykl do jego prawidłowej pozycji. Uff, dla mnie było interesująco, ale mogę tylko zgadywać, że dla Łukasza już mniej.

Na szczycie okazuje się, że wyczekiwanych i upragnionych Puffinów nie ma. Nawet na tablicy informującej jakie gatunki ptaków można tutaj spotkać widnieje przekreślony przez anonimowego turystę wizerunek maskonura. Niektórzy są rozczarowani. Mimo to, warto jest pokonać trasę dla przepięknych widoków rozpościerających się na łuk skalny Toin wystrzelony wprost z oceanu, czy na spektakularną czarną plażę Reynisfjara. Ba, sama trasa jest ekscytująca! Zjazd z powrotem odbywa się bez wywrotek, aczkolwiek z pewną dozą adrenaliny.

Łuk skalny Toin

Czarna plaża

Zjazd z płaskowyżu Dyrhólaey

Jadąc dalej mijamy wrak amerykańskiego samolotu wojskowego Dakota, który rozbił się w 1973 r. Dawniej można było pod niego podjechać, obecnie należy zostawić pojazdy 4 kilometry wcześniej i dopiero podejść. Ze względu na późną porę, rezygnujemy z niego. Wkrótce trzeba będzie poszukać miejsca do spania.

Docieramy do wodospadu Skógafoss (isl. leśny wodospad) o wysokości 62 metry i szerokości 25 metrów. Przy ładnej pogodzie pojawia się podwójna tęcza, do czego brakuje nam szczęścia. Aczkolwiek wodospad robi wrażenie zarówno z dołu jak i z górnej platformy, do której prowadzą schodki obok wodospadu. Legenda mówi, że pierwszy osadnik na tych ziemiach ukrył skarb za Skógafoss, ale nikt do tej pory go nie znalazł. Łukasz planuje wszcząć poszukiwania i wskoczyć w kąpielówkach. Kto wie, czy by znalazł skarb? Jednak temperatura wody chyba każdego by odstraszyła.

Leśny wodospad

Brak zachodu znowu wprowadza nas w błąd i jest już bardzo późno! Organizujemy nocleg na dziko w przepięknym miejscu. Otoczeni zewsząd kwitnącym na fioletowo-biały kolor łubinem zasypiamy koło 1.00 w nocy. Zanim kładziemy się spać, uwieczniam na zdjęciach błyskawicznie nadchodzący front znad oceanu. Chmury kłębiąc się, jakby chcą się ścigać, która pierwsza dotrze do najbliższej przeszkody w postaci potężnej góry w głębi lądu. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tak ekspresowego i burzliwego zjawiska.

Nadchodzący znad oceanu front

Rozbijanie obozowiska

Nocleg na dziko wśród Łubinu

 

Dzień 7. 18/06

Poranek zaczynamy od kolejnego wodospadu Seljalandsfoss, który można obejść naokoło. Dawno temu tu była linia brzegowa oceanu. W czasie zachodu, słońce znajduje się na wprost wodospadu i spadająca swobodnie woda przybiera kolor złocisto – żółty. Przepiękny to musi być widok, który nas omija, chociażby ze względu na to, że pora dnia jest zupełnie inna. Zresztą o tej porze roku, nie doczekalibyśmy tego momentu wcale. 😉

Wodospad Seljalandsfoss

Seljalandsfoss od drugiej strony

Jadąc dalej „jedynką” mijamy górę Pétrusey (isl. wyspa Piotra). W XIII wieku, w czasie zagrożenia inwazji Norwegów, umieszczono tam dwustu mężczyzn, którzy mieli nie dopuścić do ataku z oceanu. W bardziej odległych czasach górę zamieszkiwały Elfy. Warto tu nadmienić, że 80% wyspiarzy wierzy w istnienie Elfów. Ich siedziby są uwzględniane przy budowaniu dróg. Z tego powodu zaplanowana droga na północy Islandii do tej pory nie powstała. Pani, z zawodu negocjatorka między ludźmi a Elfami, nie może dojść do porozumienia. Elfy wciąż nie wyrażają zgody na zbudowanie drogi w okolicy ich siedliska. Cóż, mam nadzieję, że pertraktacje kiedyś doczekają końca.

Chcemy dzisiaj dotrzeć do Landmannalaugar (isl. kolorowych gór), gdzie planujemy nocować, jutrzejszy dzień poświęcić na trekking i popołudniowym wieczorem ruszyć dalej. Jednak padający coraz mocniej deszcz krzyżuje nam plany. Dodatkowo dowiadujemy się, że nasza trasa górska jest dziś nieprzejezdna.

Cóż, obieramy inny kierunek i charakter wypoczynku: kąpiel w gorącej rzece koło miejscowości Hveragerði. Kiedy docieramy na rzekome miejsce, dziwi nas, że nie ma nikogo. Coś mi nie pasuje, ale próbuję sobie tłumaczyć, że w taką ulewę nikomu nie chce się iść w góry, żeby się dodatkowo rozbierać i wskakiwać do wody. Tym lepiej – rzeka będzie tylko nasza! Po stracie ogromnej ilości czasu poświęconego na przebieranie się (co w czasie nieustannego deszczu nie jest łatwym zadaniem), załadowanie wszystkich rzeczy motocyklowych, przymocowanie ich, przykrycie płachtą okazuje się, że… jesteśmy w niewłaściwym miejscu! Mamy dość! Wściekli szybko się przeorganizowujemy, jedziemy tam gdzie powinniśmy, parkujemy i wreszcie możemy iść! Idealne miejsce do kąpania znajduje się trzy kilometry dalej w górach, gdzie do bardzo gorącej rzeki dopływa zimna i ich temperatury mieszają się do przyjemnej. Uczucie, kiedy wygrzewasz się w cieplutkiej rzece, podczas gdy wokół jest zimno i mokro jest nieziemsko relaksujące! Ewa z Eweliną wymiatają biorąc krótką kąpiel w parzącej już rzece powyżej dopływu! Po chwili jednak zmieniają zdanie i z czerwoniutkimi nogami, dołączają do nas. Wyjście z rzeki już nie jest takie wygodne, zwłaszcza kiedy trzeba włożyć na siebie brudne i grube ciuchy motocyklowe.

Gorąca rzeka

Robi się późno i znów trzeba zająć się miejscem noclegowym. Lelony i Ciępki śpią na polu namiotowym w Hveragerði, Łukasz zaś znajduje dla nas super miejsce za górką osłaniającą nas od wiatru i ścieżki. Kiedy już namiot stoi, śpiwory są rozłożone, maty napompowane, a my gotowi do spania, spotykamy na parkingu strażników. Szukają ludzi nocujących nielegalnie w obrębie miasta (co jest dla nas nowością) i odsyłają do pobliskich kempingów. Nie zauważają naszego namiotu, ale dają do zrozumienia, że patrolują miejsce co godzinę. Zaparkowany motocykl byłby dla nich sygnałem do poszukiwania właścicieli w okolicy. Ponieważ nie mamy gdzie ukryć motocykla, sfrustrowani i rozdrażnieni składamy cały sprzęt i po jakimś czasie dołączamy do reszty ekipy, żeby znów się rozbić i w końcu położyć spać. To był długi, wymagający i wyczerpujący dzień.

 

Choć wciąż jesteśmy na południu Islandii, ponad połowę tego co chcieliśmy, już zobaczyliśmy. Jutro zataczamy koło w interiorze i ruszamy dalej na północ wyspy. Tamtędy będziemy wracać w stronę portu, skąd odpłynie prom.

Udostępnij: