Ufaj swojej intuicji!

Owszem przygotowujemy się do podróży dookoła świata, zdobywamy nowe doświadczenia, umiejętności przydatne później, ale żeby aż z takim rozmachem… Niektórych doświadczeń lepiej byłoby nie zdobywać nigdy.

Już się tak rozpędziliśmy z treningami, że po czterech dniach powstaje kolejny plan zaliczenia niewielkiego odcinka TETa – Trans Euro Trail. Jest to 38000 kilometrowy offroadowy szlak wiodący przez 30 krajów w Europie.

Marcin, nasz doświadczony kolega, jedzie z nami. Super, zasięgniemy kilku porad! Decyzja pada na Brecon Beacons National Park i kawałek Walii.

Ruszamy w czwartek popołudniu i zaledwie półtorej godziny później odnajdujemy początek naszej trasy. Jest jeszcze młoda godzina, więc nie marnując czasu startujemy od razu. Już pierwszy odcinek zaczyna się mocno z górki. Oczywiście nie dla Marcina, który czeka na nas na jej końcu, a my w swoim tempie dołączamy do niego. I tak dzieje się za każdym razem. Do tej pory myślałam, że na tak wąskich ścieżkach mieszczą się tylko piesi idąc gęsiego. Krzaczory ciągnące za nogi, zwalone drzewa, czy zwisające konary podwyższają poziom trudności. Zresztą niektóre odcinki są oznaczone jako ścieżka dla pieszych, mimo że TET prowadzi legalnymi drogami.

W piątek startujemy dość późno, ale nie ciśnie nas bardzo, żeby jechać, skoro i tak mamy przed sobą cały dzień. Nie przedzieramy się już przez taki gąszcz. Drogi się poszerzają, co nie znaczy, że są łatwiejsze. Śliskich głazów, leżących konarów i luźnych kamieni nie ubywa. Sama już nie wiem, co jest dla mnie najtrudniejsze. Sądziłam, że wolę wjeżdżać niż zjeżdżać. Po dzisiejszej nieudanej próbie, stwierdzam, że jednak nie. Później koleiny stają się dla mnie największym wyzwaniem, ale następnie trasa z luźnym żwirem wysuwa się na czołówkę. I tak w kółko przez pół dnia, dopóki nie robimy przerwy. Do tego czasu przestałam liczyć ilość gleb, a zaczęłam snuć plany jak jeszcze bardziej poprawić kondycję, aby móc zapanować nad motocyklem i przeszkodami. 😉 Łukasz, mimo gorszych opon, radzi sobie świetnie.

Po przerwie modyfikujemy plan, rozdzielamy się z Marcinem i wracamy w okolice znane nam sprzed tygodnia – Salisbury. Tamtędy również prowadzi TET.

Następnego dnia naszym oczom ukazują się zupełnie inne widoki. Zamiast zamkniętych przestrzeni i lasów, połoniny rozciągają się aż po odległą linię horyzontu. Trudności terenowe sprowadzają się do płytkich kałuż i głębokich kolein. 😉 O ile wczoraj sunęliśmy pomału, o tyle dziś śmigamy szybciej i sprawniej. Oczywiście nadal skoncentrowani. W obydwóch wersjach jest frajda, choć innego rodzaju.

Jakiś czas już jeździmy, raz po raz popełniam drobne błędy i intuicja zaczyna nieśmiało proponować mi przerwę. Uciszam ją usprawiedliwiając, że zmęczenie robi swoje. Poza tym zwykle początkującemu jest trudniej i na tych błędach właśnie się uczę. Ale dla świętego spokoju postanawiam, że jeszcze tylko dokończymy ten półtorakilometrowy(!) odcinek i odpoczniemy.

Długo nie czekałam, akcja dalej rozgrywa się błyskawicznie. Ruszamy na lekkie wzniesienie, przejeżdżamy błotko i wjeżdżamy w koleiny, z którymi coraz bardziej się oswajałam. Łukasz jadący przede mną, radzi ominąć środkową koleinę. Już w niej jestem, trudno. Ułamek chwili później czuję jak kierownica mocno szarpie i wyrwa się z rąk. Utrzymuję ją, ale automatycznie popełniam serię błędów. Przenoszę ciężar ciała na tył, przednie koło traci styczność z podłożem, co powoduje jeszcze większą utratę kontroli. Motocykl razem ze mną kładzie się na lewą stronę, chwilę ryjemy ziemię, po czym zatrzymujemy się, silnik gaśnie. Otacza mnie tylko cisza. Na zewnątrz i w mojej głowie.

Zaprawiona już w glebach, tym razem czuję, że upadek jest poważniejszy, choć pierwsza ocena nie jest aż taka zła. Głową nie przywaliłam i niewiele miejsc mnie boli. Świadomie i spokojnie informuję Łukasza o wywrotce, który zaraz do mnie przybiega. A ja czuję, że muszę chwilę poleżeć. Zamykam oczy, żeby uspokoić umysł i obniżyć poziom adrenaliny. Po ich otwarciu, na tle błękitnego nieba widzę trzy pochylone głowy z zatroskanymi minami. Oprócz Łukasza, jest młoda para z auta 4×4, których chwilę wcześniej wyprzedzaliśmy. Zapewniłam ich, że mogą spokojnie jechać, a sama powoli się podnoszę.

Jak na prawdziwego mężczyznę przystało, Łukasz przystępuje do akcji ratowniczej. 😉 Stanowczo, acz łagodnie rozpina mi kask, pomaga ściągnąć rękawice i już wiem, że z prawym przedramieniem nie będzie lekko. Reszta trochę poobijana, ale w porządku. Teraz ocena strat motocyklowych. Mieszanina ziemi i drobnych kamieni oblepiła bok motocykla, wdzierając się do jego zakamarków. Oprócz drobnych uszkodzeń typu poharowane osłony widelca, głęboka rysa na aluminiowej pokrywie alternatora, czy lekko wgnieciona płyta pod silnikiem, kierownica zdaje się być wygięta. To jednak uchwyty trzymające kierownicę zostały wyłamane, co Łukasz uznaje za małą przeszkodę i zabiera się od razu za naprawę. Ja daję sobie czas, po którym sprawdzam, czy mogę jechać dalej. Jakby nie było, akurat prawa ręka steruje gazem i hamulcem. Jednak nie ma szans. Nadgarstek puchnie, a jego ruchomość maleje. Druga ręka i kolano również zaczynają dawać o sobie znać. To byłoby chyba na tyle z jazdy TETem i jazdy z tym sezonie w ogóle…

Łukasz po złożeniu kierownicy, działa dalej. Najpierw organizuje mi i KTMowi transport powrotny – na szczęście Marcin zgadza się pomóc. Zanim przyjedzie, Łukasz ocenia teren, sprawdzając czy zwykły samochód z przyczepą będzie miał możliwość dojechania do nas. Niestety nie, więc podwozi jeden motocykl po drugim do drogi asfaltowej półtora kilometra dalej, a ja dreptam. Człowiek się puka w głowę, że też tylko tyle brakło do planowanej przerwy! Okazuje się, że wciąż jest problem z utrzymaniem motocykla w linii prostej – trzeba będzie bliżej się przyjrzeć w garażu. Kiedy czekam na Marcina, Łukasz rusza na kemping spakować nasze rzeczy, po czym jedzie do domu, żeby przejąć moje moto, a następnie mnie ze szpitala. W międzyczasie Marcin podjeżdża z przyczepką, ładuje KTMa na lawetę, a mnie do samochodu i zawozi na pogotowie…

Podsumowanie treningu, to złamany prawy staw nadgarstkowy, poobijany lewy nadgarstek i kolano oraz przymusowy długi urlop. Ponieważ jest sobota wieczór i nie ma specjalistów na miejscu, pakują mi rękę w cementowy pseudo gips, a nazajutrz dostaję docelowy gips z włókna szklanego.

Zawsze wyciągam wnioski. Z tej historii nasuwają mi się 2:

  1. Nie lekceważyć intuicji!
  2. Niektóre kobiety być może rzeczywiście niezbyt znają prawa fizyki, bo wciąż zachodzę w głowę jakim cudem złamałam prawy nadgarstek wywracając się na lewą stronę… 😉
Udostępnij:

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.