Zainspirowany wpisem Moniki oraz konkursem MotobirdsStajnia Motocyklowa postanowiłem we własnym stylu skrobnąć kilka słów na temat naszej podróży, którą z wiadomych przyczyn odłożyliśmy w czasie i przestrzeni. 🙄🥺 Chciałoby się bardzo byśmy już mogli wyruszyć, czego odzwierciedleniem jest poniższy tekst. Oczywiście nie chcemy, aby wszystkie poniższe sytuacje miały miejsce, ale kto wie co wydarzyć się mogło? 😅 Przed przystąpieniem do lektury, proponuję zaparzyć gorącą herbatę lub kawkę, ubrać ciepłe kapcie (w okresie zimowym oczywiście 😅) i okryć się kocem. Miłego czytania. 😊

 

„Historia, której nie było.”

 

Podobieństwo osób i sytuacji w poniższym tekście jest zupełnie przypadkowe. Opisane historie są wytworem wyobraźni autora i żadne z przedstawionych zdarzeń nie miało miejsca – a być może mogły zaistnieć naprawdę, gdyby nie ten cały Covid…

 

I – POŻEGNANIE

03.04.2020 KRAKÓW-BALICE, POLSKA

<< Pasażerowie odlatujący liniami Wizzair do Londynu Luton, numer lotu W6 4732 proszeni są o niezwłoczne zgłoszenie się do wyjścia numer 8… >>

– No to co? Czas na nas Misiaki, co nie? – podekscytowanym głosem zwrócił się Łukasz do grupki zebranych – Świat się sam nie przejedzie, Google Maps wszędzie nas nie zabierze. Czas w końcu rozpocząć naszą przygodę!
– Nooooo, tym bardziej, że to nie na zawsze przecież. Kilka lat strzeli nam jak z bicza – wtórowała Monika. – No i do tego neta znajdziemy w każdej dziurze na tej ziemi, to kontakt z nami będzie prawie taki sam jak gdy mieszkaliśmy w Anglii.
– Nie do końca mogę się z wami zgodzić – zabrała głos mama Moniki. – W Anglii mieliście ciągły dostęp do Internetu i szybko można było z wami nawiązać kontakt. A teraz mówicie, że nie planujecie mieć non stop włączonych telefonów. Nie podoba mi się to.
– Oj, mamuś – Monika objęła swoją rodzicielkę – Masz przecież dostęp do naszej lokalizacji, będziesz wiedzieć dokładnie gdzie jesteśmy. I obiecujemy dbać, by baterie w lokalizatorze zawsze były naładowane. Jak tylko będzie szansa to podepniemy się też do każdej możliwej sieci Wi-Fi i będziemy pisać. No i foty też będziemy wysyłać.
– Dobrze Monia, ok. Tylko proszę, uważaj na siebie! I Ty też Łukasz! Słyszysz? Masz dbać o siebie, abyś mógł mi dbać o córkę! Obiecujesz?
– No jasne, mamo! Przecież nie po to ją sobie brałem, by ją teraz gdzieś w krzakach porzucić! – Łukasz podszedł do obejmujących się kobiet i mocnym ruchem przytulił je do siebie. Zaraz dołączyli do nich pozostali, którzy przyjechali pożegnać „wczasowiczów”. Stali tak całą grupą jeszcze przez chwilę, jakby świat wokoło nich wcale nie istniał.

– No i w ogóle to tak jak uzgadnialiśmy! – Łukasz przerwał milczenie. – Z każdym z was widzimy się w umówionej części świata, co nie? – tym razem słowa skierował do swoich rodziców. – Do tej pory nie zdeklarowaliście się, w którym kraju się spotykamy!
– Łukaszku, już o tym rozmawialiśmy – łagodnie odrzekła mama Łukasza – Lepiej będzie jak ty przylecisz na chwilę do domu, zrobisz sobie przerwę od tych wojaży. Zobaczymy się wtedy wszyscy, całą rodziną!
– Oj mamciu, Kraków przecież znamy wszyscy jak tu stoimy! A te inne, magiczne miejsca być może będzie szansa zobaczyć tylko raz w życiu. Naprawdę chcesz by one cię ominęły?
– Łukasz, ja będę z wami podróżować gdziekolwiek was zaniesie. Będę sobie spoglądać na mapę i patrzeć jak się przemieszczacie. I wiedza, że jesteście zdrowi i robicie to co lubicie, będzie lepsza jak jakiekolwiek magiczne miejsca tam czekające. Naprawdę! – z łamiącym się głosem powiedziała mama.
– No dobra – wzruszył się Łukasz – Dziś ci odpuszczam, ale wiedz, że nie poddaję się jeszcze. W końcu tata jest po mojej stronie.
– O jasne – rzekł z rozbawieniem ojciec – Zostaw ją mnie synku, jeszcze ją przekabacę i dołączymy do was na jakiejś ciepłej plaży. Zatopimy nogi w gorącym piasku i wypijemy dobrze schłodzone lokalne piwo. – Mrugnął porozumiewawczo do syna. Podał mu dłoń, którą mocno uścisnęli i tak z uśmiechem, bez słów powiedzieli sobie „do zobaczenia”.

<< Pasażerowie odlatujący liniami Wizzair do Londynu Luton numer lotu W6 4732 proszeni są o niezwłoczne…>>

– Dobra. Teraz to już chyba na serio musimy uciekać – stanowczo powiedziała Monika – Nie będą na nas przecież czekać, a jak nie dotrzemy do Londynu na czas, to przepadnie nam jutrzejszy lot do Nowego Jorku! A takiego startu naszej przygody nie chcemy.
– Racja – zgodziła się cała zebrana ekipa.
„Wczasowicze” zarzucili plecaki na ramię i skierowali się w stronę wskazanej w komunikacie bramy.
– Trzymajcie się! Damy znać jak już będziemy na miejscu. Wyłączcie lepiej swoje telefony bo to może być późno w nocy waszego czasu – odchodząc zaśmiał się Łukasz.
– Paaaaa, nie dajcie się tam niedźwiedziom i innym obżartuchom! – wykrzyczał stojący z tyłu tata Łukasza.
– I bawcie się dobrze! Czekamy na zdjęcia! – wtórowała mu mama Moniki.

*****

– Wiesz co Pyśku? – czekając w kolejce do wejścia na pokład samolotu Łukasz spojrzał głęboko w oczy Moniki – Chyba zaczynam mieć stresa. Co my w ogóle robimy?
– Kurde, ja też – odparła bez namysłu. – W końcu realizujemy nasze marzenie, a ja mam wrażenie, że nie chcę wyjeżdżać. Tylko zaszyć się pod ciepłą kołderką, gdzie jest milusio i bezpiecznie.
– No to piękny mamy start. Ahoj przygodo… A hoj w… No nic, powiedzieliśmy „A”, czas powiedzieć „B”.
– Anonono! Świecie, jedziemy!… Cholera…

Już po chwili oboje siedzieli w biało-różowo-fioletowym samolocie. Stewardessy szybko rozprawiły się z instruktażem pasażerów, co robić na wypadek wszelakich awarii i maszyna po krótkim kołowaniu zatrzymała się na pasie startowym. Ostatni komunikat od kapitana i silniki zaczęły nabierać mocy. Hamulce puściły nagle, bez ostrzeżenia i z miejsca samolot rozpoczął swój galop, by niczym pegaz wzbić się w powietrze. Przebijając się przez chmury, Monika i Łukasz spoglądali przez niewielkie okienko, by jeszcze przez chwilę, po raz ostatni przed ich wielką podróżą, spojrzeć na znane i bliskie im od dzieciństwa krajobrazy podkrakowskich wiosek.

 

II – W KOŃCU RAZEM

12.04.2020 NOWY JORK, USA

– No w końcu są!! – wykrzyczał uradowany Łukasz na widok rozpakowanych w magazynie Nowego Jorku motocykli i spiesznie rzucił się na dwie stojące obok siebie pomarańczowe maszyny. – Moje maleństwa. Jeju, jak ja się stęskniłem za tym złomem!!
– Nie nazwałabym ich maleństwami. Ale jak mówiąc na nie „złom” masz na myśli ich wagę, to się zgodzę – odpowiedziała również rozradowana Monika – Szczególnie jak już zapakujemy na nie wszystkie klamoty. Nooo i jeszcze ta ich wysokość! – zachichotała – Nie mogłyby być troszkę niższe? W terenie czasami ciężko sięgnąć gruntu.
– Monia, przesadzasz. Nie są takie wysokie! Ponadto w Twoim już obniżyliśmy zawieszenie ile mogliśmy. No i masz też niższą kanapę – przypomniał Łukasz. – A w porównaniu z innymi motocyklami tej klasy, to i tak nasze 690-tki są mega lekkie. Weź na przykład takiego hmmmm… – zamyślił się. Już miał odpowiedzieć, ale z jego zamkniętych ust dało się słyszeć stłumiony śmiech. Ostatecznie machnął ręką i rzekł – No dobra. Za dużo motocykli przychodzi mi teraz do głowy i nie mam czasu na ich wymienianie, bo nigdy stąd nie wyjedziemy. Czas brać się za składanie sprzętu do kupy.
– Anononono, chwilę nam tu zejdzie. Przynajmniej odprawa poszła sprawnie. Napiszę do Oli i Agaty z Motobirds z podziękowaniem za ich pomoc.
– Dobry pomysł! Należy im się! Kurde, tyle rzeczy nam ogarnęły.
– I jeszcze musimy zatankować, bo na tych oparach, co zostały z wysyłki daleko nie zajedziemy – zauważyła słusznie Monika.
– Ok, to Ty zacznij ogarniać swojego KTM-a, a ja podejdę do biura zapytać się, gdzie najbliżej będzie stacja paliw.
– Tylko pamiętaj, pytaj o gasoline, a nie petrol!! – przypomniała Monia.
– Taaaaaa, kurde. Hamerykański się teraz kłania – zaśmiał się Łukasz znikając w otchłani ciemnego korytarza.

 

III – NUDA

27.04.2020 DAKOTA PÓŁNOCNA, USA

„Ale nuda. Boże, kiedy to się skończy. Prosta, ciągle ta przeklęta prosta. Jakby ktoś od linijki nakreślił na mapie jedną linię, ale wcześniej wszystko z ziemią zrównały buldożery i walce. Co za ogromny stół do bilardu. Zero jakichkolwiek zakrętów, zero wzniesień, zero dolinek. Czy architekt tej przeklętej drogi nie mógł się chociaż nawalić nim zabrał się za robotę? Taką ponoć dobrą whisky mają w okolicy. Może ręka by mu drgnęła ze trzy, cztery razy będąc na rauszu i wykonałby kilka niezdarnych szlaczków na planach, a nadgorliwie wylewający asfalt poszliby za jego wytycznymi? Cokolwiek, byleby tylko móc choć przez chwilę poczuć przechył motocykla.

I w ogóle, dlaczego ten motocykl nie ma tempomatu, albo chociaż blokady położenia gazu? Ręce odpadają od tej manetki. Trzepie nią jak młotem pneumatycznym. Kurde, jak się zatrzymamy wieczorem, muszę o tym pogadać z Łukaszem. Zmodyfikował wszystko co się dało, a połowa z tego się nawet nie przyda. A o takiej manetce to nie pomyślał. A przecież to pod-sta-wa.

O nie, kolejne pole kukurydzy, tak, super. Teraz to już nawet w dal nie popatrzę, bo to cholerne zielsko wszystko zasłania. Pewnie pobije rekord długości i ciągnąć się będzie wzdłuż drogi w nieskończoność. Aż sobie zmierzę i zapiszę w moim pamiętniku. <<Drogi pamiętniku, zgadnij co niesamowitego przeżyłam w dniu dzisiejszym. Nigdy się nie domyślisz, a to takie ekscytujące… W dniu dzisiejszym przejechałam się niesamowitą, fascynującą drogą. Najpiękniejszą z możliwych. Taką fajną, prostą. I wiesz co, rosło wzdłuż niego pole kukurydzy, takie ogromne, najdłuższe na świecie. I miało ono srylion kilometrów. Niesamowite, prawda…>>”

– Jak tam Monia, co tak nic nie mówisz? Przyznaj się, o czym myślisz?
– A wiesz, tak sobie jadę i podziwiam rozmaitość krajobrazu.
– Aaaaa, to ok. Dla mnie tak nieruchawo trochę, mało urozmaicone mają te widoki. To ja się wyłączam, Ty sobie kontempluj. Zapuszczę sobie jakąś muzykę w Senie i pojadę trochę szybciej, żeby się rozruszać. Poczekam na ciebie parę kilometrów dalej. Tylko nie skręcaj gdzieś na boki! Hihihi. No dobra, żarcik. Buzia, pa!
– Buzia!

„Kurde, co on chciał? Co to w ogóle było?! I jaki on żywy, nonono… Czy on coś palił dziś rano? Nic nie czułam od niego, ponadto nie, nie Łukasz. On nawet fajek do ust nie bierze. Muszę się mu przyglądnąć. Bo taki rozradowany w takim krajobrazie to tylko pod „wpływem” człowiek może być. Albo nienormalny. Przecież tu jest taka okropna nuda…”

 

IV – KORZEŃ

15.06.2020 FORT MC PHERSON, KANADA

– Nie odpuszczaj gazu!! Jedziesz, Łukasz, jedziesz!! Dobrze, przerzuć trochę ciężaru na tył, bo opona nie gryzie…
– Kurwa, a co myślisz, że robię!? Spacerek pod górkę!? – krzyknął Łukasz do mikrofonu w swoim kasku, jakby wyryczenie frustracji miało pomóc mu odgonić to, co było nieuniknione. – Co to do cholery… – warknął.

W tym samym momencie wzdłuż przedniego koła, niczym wąż wypełzł długi, kręty korzeń. Opona do tej pory względnie akceptowalnie trzymająca podłoża, poślizgnęła się jak dobrze nasmarowane sanki. Kierownica pewnie trzymana przez Łukasza szarpnęła w prawo wyrywając się z objęć dłoni i cały motocykl podążył ku bolesnej wywrotce. Tumany kurzu wzbiły się w powietrze zasłaniając walącego się na bok motocyklistę. Warkot ryczącego silnika po raz ostatni wydobył się z rozgrzanego tłumika zagłuszając łomot upadającego śmiałka i następnie zamilkł. Monika, do tej pory spoglądająca na całą sytuację z wierzchołka wzgórza, rzuciła się czym prędzej w dół. Nim zawierucha zdążyła opaść była już przy mężu.

– Jesteś cały? W porządku? – spytała z nieskrywanym zaniepokojeniem.
– Tak, tak, spoko – otrzepując się z pyłu Łukasz wyskoczył na równe nogi, jakby chciał pokazać, że ta wywrotka nie była przypadkowa, a wręcz w pełni wkalkulowana. Podszedł do wystającego z gleby korzenia i wyładowując swoje niezadowolenie sprzedał mu soczystego kopa. Korzeń niczym nie przejęty postanowił nie przyjmować wyzwania. Wiedział już i tak, że pierwszą i najważniejszą bójkę wygrał i kolejne z tym dziwnym człowiekiem nie są mu potrzebne.
Łukasz spojrzał w górę, gdzie niecałe dziesięć metrów dalej, na szczycie dumnie stała KAT-ka Moni.
– Boże, jak tobie się to udało, tak łatwo wjechać? I to za pierwszym razem? W życiu nie mam szans pod takiego kloca…
– Pamiętasz szkolenie? – zapytała Monika – Ty wolałeś dłużej potaplać się w błocie i poćwiczyć równowagę jeżdżąc na huśtawce, a ja w tym czasie męczyłam te przeklęte podjazdy i zjazdy. W krew mi to weszło! – zaśmiała się. – Teraz, jak widzę zbocze, obok którego tylko przejeżdżamy, to z automatu analizuję czy lepiej by je atakować frontalnie, czy może spróbować bardziej od skosu. No i oczywiście niski bieg, gaz, pozycja, nogi pewnie na podnóżkach i jeszcze raz gaz, gaz, gaz, gaz, gaz. Wiesz, takie zboczenie, hihihi…
– Nooooooo, ładnie poradziłaś sobie z tą ścianą. Składam hołd – nie ukrywając podziwu Łukasz oddał pokłon pochwalny. – A uczyli cię też może co zrobić jak jesteś prawie u szczytu i wyglebiłaś? Zjeżdżać w dół by próbować jeszcze raz czy wyciągać klamoty na górę?
– Daj spokój, ciągniemy go na górę. No, chyba że chcesz poćwiczyć. Ale nie proponuję tutaj, na tym wzniesieniu…
– Ok, masz rację. Daj mi chwilę, tylko złapię oddech – odparł Łukasz powoli rozpinając zieloną sakwę. Lina, którą szukał na szczęście w całym bagażowym bałaganie leniwie czekała pod pokrywą.
– Skocz na górę i zawiń wokół tego drzewa dwa razy. Podniosę mojego KAT-a, odpalę silnik i będę podjeżdżał kawałek po kawałku idąc obok, Ty zaś wybieraj luz. Jakbym miał lecieć do tyłu, to będziesz asekurować bym za daleko nie zjechał. Jakbyś nie dała rady utrzymać to krzycz i puszczaj! Walnę nim o glebę.
– Dobra – zgodziła się Monika i bez namysłu udała się w kierunku wskazanego drzewa.

Kilka minut później oboje stali już na szczycie. Łukasz poprawił przekrzywiony przez uderzenie bagaż, dociągnął taśmy mocujące i wskoczył na siedzenie.
– To jak, jedziemy dalej? – zapytał.
– No, dobrze by było. Nathan wspominał o dwóch podjazdach, więc przed nami jeszcze jedno wzniesienie. Ale ponoć to było najgorsze, więc luz.
– Taa, luz. Łatwiej powiedzieć trudniej zrobić. Oby ten widok rzeczywiście był wart miliona dolarów jak opowiadał. Bo jak nie to go odnajdę…
– I co? – przerwała mu Monika.
– I mu powiem, że nie był wart – Łukasz wyszczerzył zęby.
– Haha! Ok, koniec marudzenia. Jedziemy! – zarządziła.

Wciśnięte guziki starterów ponownie nadały życia rozbudzonym KTM-om. Te z radosnym warkotem odpowiedziały na przekręcenie manetki i żywym skokiem pognały do przodu…

 

V – GRAWITACJA

17.08.2020 WHISTLER, KANADA

– Skaaczcieeeee…!!! – jakby w zwolnionym tempie z nabrzmiałych ust Kennego wydobył się dziki ryk. Jego głowa obróciła się gwałtownie sącząc z rozdartych od wiatru i słońca warg drobinki krwi zmieszanej ze śliną, a skupiony wzrok skierował się ku nadjeżdżającemu z przeciwległej części mostu ognistemu Mustangowi. Na widok gęstego dymu ulatniającego się z rozpalonych hamulców rozpędzonego samochodu, czarne jak noc źrenice rozwarły się jeszcze szerzej wypierając czerwone od popękanych żyłek białka. Pisk opon, jakby krzyk wygłodniałych piskląt jastrzębia na widok matki niosącej ostatnie tchnienie porannej zdobyczy, przeszył niczego nie spodziewające się bębenki uszu. Samochód z impetem sunął w kierunku stojących na skraju mostu kilku gapiów. Z przerysowanego zmarszczkami czoła Kennego spływały przyprawione szczyptą soli krople potu. Mięśnie ust i policzków skurczyły się jeszcze raz i energicznie wyprostowały wydając błagalny rozkaz – Szybko!! Skaczcie…!!

Stojący na skraju mostu Monika i Łukasz przylgnęli do siebie jeszcze mocniej. Docierały do nich tylko pojedyncze słowa, a całe widowisko wydawało się dla nich być niczym wyreżyserowany hollywodzki film. „Co my w ogóle tutaj robimy?” pytało ich przerażone spojrzenie. „Boże. To przecież nie ma prawa się dziać!!”.
Łukasz jako pierwszy odwrócił się w stronę przepaści, a jego serce zamarło. Monika podążyła w ślad za nim. Spojrzeli w dół. Kilkadziesiąt metrów poniżej wiła się spojona z kamienistym wąwozem wzburzona rzeka. Kłębiące się niczym chmury rozbijane o ostre kamienie fale, ukazywały jej śmiercionośne oblicze. Tuż pod ich stopami łagodniała w lekko falującą, spokojną taflę, złudnie nęcąc potencjalną ofiarę. Wzdłuż lazurowej wody po obu stronach rosły drzewa. Dumne, wysokie, ubrane w zielony mundur ostrych igieł, których spętane ze sobą niczym prężne ramiona wojowników gałęzie, tworzyły nigdy dotąd nieprzenikniony mur. Lodowaty wiatr jeszcze chwilę wcześniej sunący po ich wierzchołkach, rozszarpał lekko spięte włosy Moniki. Jej ręka mocniej objęła ciało ukochanego, palce nerwowo splotły szukając bezpiecznego punktu zaczepienia. Twarz wtopiła w ramiona, jego dłoń otuliła ją, stanowczo przyciskając do siebie. Nachylił się by jeszcze raz ucałować czubek jej głowy i energicznie odchylił swoją do tyłu. Szurając po rozsypanym piasku, stopy natknęły na opadającą w otchłań krawędź. W jednej chwili dygocące z zimna mięśnie ud osunęły się pod naporem narastającego strachu zmieszanego z buzującą dawką adrenaliny. Nogi ugięły się w kolanach i wzorem kobry uciekającej z otaczających ją płomieni wyprostowały w samobójczym wyskoku.

Czerwono krwisty Mustang galopował, wciąż pozostawiając za sobą kłęby gryzącego dymu. Niczym pijany młodzieniec po pierwszym spotkaniu z alkoholem, ogier zarzucił bokiem dając wrażenie utraty kontroli nad kierunkiem jazdy i lekko uderzając w krawężnik oddzielający jezdnię od krawędzi mostu zatrzymał się. W miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stali Monika i Łukasz złowrogo szalał wiatr.

Świat wirował wokół opadających, splecionych ciał. Świst brutalnie rozdzieranego powietrza ogłuszał, a pęd wdzierał się w szeroko rozwarte nozdrza, nie pozwalając chwycić pełnego oddechu. Lekko uchylone usta wydały krótki, lecz szaleńczy krzyk i błyskawicznie zamilkły. Szeroko uniesione powieki odkryły pełne strachu oczy, w których odbijał się gnający, odwrócony do góry nogami świat. Zamienione miejscami, powoli oddalające się niebo i bezlitośnie szybko zbliżająca się ziemia jeszcze bardziej wzmagały nierealność sytuacji. Grawitacja jak magnes pochwyciła ich w swe szpony i łapczywie ciągnęła ku uciesze wyczekującej na dnie kanionu kostuchy. Jak w zwolnionym tempie błękit nieba spoił się z salutującymi czubkami umundurowanych drzew. Ostatnie promienie migoczącego w oddali słońca ustąpiły miejsca zimnemu cieniowi wyrytego kanionu. Wyrwane z opinającej je spinki włosy Moniki falowały niczym szarfy baletowe wyrzucone wysoko w powietrze podczas kończącego się przedstawienia. „Giniemy…” – mówiło galopujące serce. Pędząc ku przeznaczeniu, kołyszące się ciała straceńców nie sposób już było zatrzymać. Spojrzenie Łukasza przykuł kilkanaście metrów niżej, oczekujący ich nadejścia Posejdon. Wyszedł im na spotkanie, by przywitać nowych przybyszy, gdzie w podwodnym królestwie pisana im wieczność ucztowania w jego towarzystwie. „Nie zamartwiaj się, skoro nie masz już wpływu na to co ci przeznaczone…” szeptał i jak stary przyjaciel wysunął w stronę opadających swe ramiona. W jednej chwili strach ustąpił i pozostawioną po nim pustkę wypełnił ciepły spokój. Łukasz wyciągnął rękę jak najdalej jak mógł, by pochwycić dłoń wodnego boga. Uśmiech znów pojawił się na twarzy.
Niespodziewany zgrzyt ściąganego splotu wdarł się do uszu i w mgnieniu oka wyrwał z transu. Opadającymi ciałami energicznie szarpnęło i doczepiona do uprzęży opinającej kostki elastyczna lina, zaczęła spowalniać odchodzący świat. Łukasz zdążył jeszcze opuszkami palców musnąć falującą taflę wody, lecz dłoń zapraszającego była zbyt daleko, by mógł ją dosięgnąć. Wyrwani z powrotem w przestworza Monika i Łukasz nabrali głębokiego oddechu i wyrzucili z siebie euforyczny śmiech…

*****

– Rewelacyjne zgranie w czasie! – wyszeptał do siebie zadowolony ze skoku Kenny i odwrócił się do wypadających z czerwonego Mustanga dwóch, nie wyglądających na więcej jak 20 lat mężczyzn.
– Ale jazdaaaaa, o ja pierdziu!! – wykrzyczał jeden z przybyszów. – Jason musimy tego spróbować! Mówię ci, to musi być niezłe!!
– Jasne Chris, takiego odlotu to nawet po dragach nie doświadczysz!! – wykrzyczał towarzysz wpatrując się we wciąż chwiejnie huśtających się poniżej śmiałków.
– Widzę, że panowie znają się na dobrej zabawie. – Kenny niczym wąż szybko wpełzł pomiędzy rozmawiających – Piękny drift, no i jakie hamowanie! Pokaz umiejętności i sprytu kierowcy, jestem pełen podziwu. Do tego taka maszyna. Sama jazda musi faszerować niezłą dawką adrenaliny. Ale do pełni szczęścia jeszcze brakuje wam skoku, jaki zafundowało sobie tych dwoje podróżników. – wskazał palcem na podrywanych przez linę i wciąż chichoczących poniżej Monikę i Łukasza, a następnie poklepał po plecach już zwisających przez barierkę potencjalnych klientów – Satysfakcja gwarantowana!! Tylko posłuchajcie ich śmiechu, to najlepszy dowód na świetną zabawę. Na imię mam Kenny i prowadzę BungeeFun – powitalnie uścisnął dłonie, wpatrzonych w niego niczym w bóstwo młodzieńców. – Normalnie za taką frajdę inne firmy okradłyby was krzycząc sobie z 200 dolarów i to tylko za jedną osobę! Zdzierstwo w biały dzień! – splunął pokazując dezaprobatę – Jestem uczciwym przedsiębiorcą i proszę o uczciwą cenę za chwilę szaleństwa. U mnie skok kosztuje 150 dolarów od osoby. – objął za ramiona już złowionych na marketingowy haczyk klientów i powolnym krokiem skierował ich w stronę vana, gdzie trzymał sprzęt do skoków – Ale jeżeli szanowni panowie zdecydują się dzisiaj skorzystać z mojej szczodrej oferty, to nie policzę nawet 150, a jedyne 120 dolarów od osoby! To się nazywa promocja!! To jak panowie, przygotowujemy liny? – zapytał z szerokim uśmiechem, ukazując swoje śnieżnobiałe zęby.
– No jasne. Rewelacyjna cena. Jason, wyciągaj kartę kredytową ojca. – nakręcił się Christopher.
– Pewnie Chris, takiej okazji nie możemy przegapić!! – wyciągając z portfela pozłacany plastik zgodził się Jason.
– Rewelacyjne zgranie w czasie! – nie zwracając więcej uwagi na wciąż wiszących na linie Monikę i Łukasza, Kenny dumnie pochwalił swoją genialną taktykę, której skuteczność wabienia nowych klientów oceniał na 100%…

 

VI – PORANEK KOJOTA

08.09.2020 IRWIN, IDAHO

– Co się stało Łukasz? Czemu nie śpisz? – zapytała wybudzona ruchami męża Monika. Spojrzała na zegarek – 5:57
– Cicho!… Cicho! – wyszeptał Łukasz przykładając palec do ust – Coś się podkrada, jestem tego pewien. Kręci się wokół namiotu już z dobrą godzinę. Jak stąpa to aż trzeszczy. To musi być coś większego. Teraz jest od mojej strony, prawie czuję jego oddech. Cały czas obwąchuje…
– O kuźwa! Znowu?! Myślałam, że takie rzeczy tylko raz w życiu mogą człowieka spotkać. Żeby nie było jak z tym niedźwiedziem w Górach Skalistych…
– Cholera. Tak samo nie będzie, wtedy mieliśmy motocykle pod ręką i spieprzył dopiero po odpaleniu KTM-ów. A te teraz zostawiliśmy na parkingu u Johna. Trzeba coś innego wymyślić.
– No to sobie trekking i spanie w dziczy wymyśliliśmy. Kurde. Co robimy? – jęknęła już obudzona ze strachu Monika.
– Nie wiem jeszcze, analizuję. Mam nadzieję, że cholera odejdzie jak będziemy cicho. Podaj mi tą maczetę od Johna.

Monika powoli sięgnęła na skraj namiotu, gdzie w skórzanej pochwie spoczywała broń. Pewnie chwyciła za rękojeść, delikatnie wysunęła zimną stal i podała Łukaszowi. Ten złapał ją mocno. „Dzięki John” – pomyślał w głębi Łukasz – „Masz u mnie dobrą whisky jak już wrócimy do obozowiska. Jak wrócimy…”
– Monia, mamy jakieś jedzenie w namiocie? – zapytał Łukasz.
– No co ty, zgłupiałeś?! – oburzyła się Monika – Zawiesiłam je na gałęzi ze 150 metrów stąd, jak uczyli nas strażnicy. O taką głupotę mnie nie podejrzewaj…
– Ok, spoko, tylko pytam. Nie zarzucam ci, tylko wolę mieć pewność. Sorki. – szybko uspokoił ją Łukasz. – To teraz poczekamy. Może się znudzi i zaraz sobie pójdzie – powiedział z nadzieją w głosie.

W tym samym momencie zewnętrzna warstwa namiotu lekko ugięła się pod ocierającym ją cielskiem. Zwierzę buszujące po drugiej stronie mizernego schronu wydało zgryźliwy warkot. Monika i Łukasz natychmiast uchylili się na drugą stronę. Ich serca zaczęły bić mocniej, a strach wypchnął resztę i tak już rozrzedzonego od głębokiego oddechu tlenu. Spojrzeli na siebie z nieskrywanym niepokojem, przez ich głowy zaczęło przebiegać tysiące myśli. Ich wzrok skrzyżował się i zahipnotyzował ich na chwilę. Zwierzę ponownie wydało złowrogi warkot i naparło na namiot. Wiedzieli już, że bez konfrontacji się nie obejdzie.
– Walić go! – wyryczał Łukasz – Nie będę tu siedział jak jakaś głupia przekąska!
– Dobra! Idziemy na niego!

Krew zabuzowała w ich żyłach, nabrali głębokiego oddechu. Monika spontanicznie chwyciła za leżący na podłodze stalowy garnek i z całych sił zaczęła w niego uderzać metalowym kluczem. Przedzierając się przez warstwy do tej pory chroniącego ich namiotu wydali z siebie gniewny ryk, a sam krzyk był jak ogłuszająca broń. Łukasz, trzymający z całych sił maczetę, jakby chciał by moc dawnych wojowników niegdyś zamieszkujących te tereny dodała mu odwagi, przedarł się jako pierwszy. W ślad za nim wyłoniła się Monika wciąż wystukując bojowy rytm. Stanęli do siebie plecami, tak by zwierz nie zaszedł ich od tyłu i natychmiast do nich przylgnęli. Wytężyli wzrok. Nerwowo zaczęli rozglądać się wokoło, a ich spojrzenie przykuł ruch w oddalonych od obozowiska krzakach. Zwycięstwo?? Zwierzę uciekło!! Stali tak jeszcze przez chwilę, nie do końca wiedząc czy mogą już spuścić gardę.

Kiedy w końcu do nich dotarło, że pozostali zupełnie sami na polanie, wybuchnęli śmiechem. Monika rzuciła się Łukaszowi na szyję i wtopiła usta w gorącym pocałunku. „To jeszcze nie koniec naszej przygody” – pomyślała.
Wciąż śmiejąc się usiedli na skroplonej rosą trawie i wtedy dopiero uderzyło ich oślepiające złoto wschodzącego słońca. Lekko błękitne niebo przecudnie kontrastowało z poszarpaną linią oddalonego horyzontu. Poniżej linii drzew mieniło się szmaragdowe jezioro Snake.
– To będzie długi, ale piękny dzień – powiedział Łukasz.
– Anononono. I będzie kiedyś o czym dzieciom opowiadać… – rozmarzyła się Monika.

*****

Na niewielkim wzgórzu nieopodal polany, w cieple promieni pojawiającego się dnia ułożył się młody kojot, który chwilę wcześniej ledwo co zdołał ujść z życiem dwóm szaleńcom…

 

VII – ORIENTACJA W TERENIE

13.10.2020 REZERWAT SIERRA GORDA , MEKSYK

– Cholerny zjazd. Co oni tu tych kamieni tyle nasypali? – nerwowo powiedziała do mikrofonu Monika.
– Eeeee spoko Moniek, luz. To znaczy nie wbijaj przez przypadek luzu, bo dopiero wtedy pojedziesz, hahaha – zaśmiał się Łukasz.
– Spoko, spoko. Już się o to nie bój. Teraz taki żartowniś, a u góry to sam traciłeś kontrolę nad KAT-em.
– Tak, ale tylko dlatego, że za szybko zmienił się teren i nie byłem na to przygotowany. Ty natomiast się ciesz, że jadę przed tobą! W końcu masz swój prywatny GPS z ostrzegającymi komendami głos… – przerwał i szybko zmienił ton – Uwaga! Jedź lewą stroną. Z prawej strasznie rzuca! Ouć, dobra. Jestem cały! – szybko dokończył wydobywając motocykl z poślizgu. – Właśnie o czymś takim mówię.
– Ależ ja jestem bardzo wdzięczna! Nie chcę żadnego innego. Szkoda tylko, że ten GPS tak strasznie kurzy i praktycznie tych wskazówek co udziela nie jestem w stanie zobaczyć nim na przeszkodę najadę.
– A to już nie moja wina. Jak za bardzo ci pylę to odsuń się kawałek ode mnie. Będziesz miała i komendy głosowe, i lepszą widoczność.
– W sumie czemu nie – odpowiedziała Monika i lekko odpuściła manetkę gazu. Motocykl zaczął zwalniać, a jadąca przed nią chmura powoli oddaliła się.
– I jak.. tszzzzz… Moni… tszzzz lepiej się jedz… tszzzz…
– Jedzie się lepiej, ale coś chyba zaczyna przerywać!
– Co?? Powtó… tszzzzzzzzz… nie… tszzzzzzzzz… yszę… – wydobyła z szumu Monika.
– MÓWIĘ, ŻE JEDZIE SIĘ LEPIEJ, ALE COŚ CHYBA ZACZYNA PRZERYWAĆ!! – wykrzyczała.
– Supe… tszzzzz… Mi chy… tszzzz… enie pada bate.. tszzzzzz… Na najb… tszzzzzzz… idleniu skręć w…. tszzzzzzzz…wo… tszzzzzz…
– ŁUKASZ, POWTÓRZ JESZCZE RAZ!! NIC NIE ROZUMIEM!!
– tszzzzzzzzzzzzzzzzz…
– ŁUKASZ!! ŁUKASZ!! DO CHOLERY, NIC NIE SŁYSZĘ!!
– tszzzzzzzzzzzzzzzzz…

Szum w kasku nie ustawał. Zdezorientowana Monika szybko postanowiła dogonić męża. Odkręciła manetkę i motocykl ponownie zaczął nabierać rozpędu.
„Cóż, najwyżej odpocznę trochę od tego jego wiecznej paplaniny” – zaśmiała się w duchu.
Przejechała tak kilkaset metrów, gdy kamienna droga do tej pory wijąca się między drzewami wykonała nawrót 180 stopni i rozcięła jedną linię w dwie oddalające się od siebie nitki. Monika zatrzymała maszynę.
– O cholera, chyba o tym próbował mi powiedzieć… ŁUKASZ, ŁUKASZ. SŁYSZYSZ MNIE?! STOJE PRZY ROZWIDLENIU, MAM JECHAĆ W PRAWO CZY W LEWO!!? – wykrzyczała do mikrofonu. W słuchawkach nie była jednak w stanie usłyszeć nic więcej jak znajome – tszzzzzzzzz…

Rozejrzała się szybko dookoła w poszukiwaniu jakiegoś znaku z nadzieją, że w oddali ujrzy tego, co przysiągł, że do śmierci jej nie opuści. Nic. Łukasz odjechał już za daleko, by można było go dostrzec. Drugi, zapasowy GPS i mapa oddalały się razem z nim. Wyciągnęła telefon, który wykazywał brak zasięgu.
„No to pięknie… Co za durny pomysł z tym oddalaniem się od siebie. Którędy mógł pojechać? Jak to szło?” – zamknęła oczy, by móc lepiej zwizualizować zapamiętane momenty poranka. „Rano kiedy planowaliśmy trasę mieliśmy ruszyć na stację benzynową i na szybkie zakupy. Następnie nawrócić i zjechać w boczną, ale dość często uczęszczaną drogę gruntową, która miała nas zaprowadzić do jaskini. I tam już byliśmy.” – Jej palec zaczął kreślić powietrze jakby rozrysowywała w nim wciąż żywe obrazy mapy. Skrawki układały się w całość, trasa nabierała coraz bardziej wyraźnego kształtu. „Następnie mieliśmy do wyboru – przejechać drogą stanową naokoło, albo przeciąć wąskim skrótem przez dwie góry. I tutaj gdzieś teraz właśnie jesteśmy…”

Otworzyła oczy i rozejrzała się dokoła jeszcze raz. Z pierwszego wzniesienia właśnie zjeżdżali, a przynajmniej takie miała wrażenie, że to o tym miejscu była mowa. Natomiast przed nią rozpościerał się widok na wyglądające jak pustynne wydmy szczyty górskie. Było ich trochę więcej jak zapamiętała oglądaną kilka godzin wcześniej mapę. Na pewno zapamiętała dwie góry i… „No tak!! Przecież mówił, że chce zobaczyć ten wodospad, a może nawet popływać w jeziorze znajdującym się u jego podnóża!”

Po raz pierwszy odkąd zakupili swoje enduraki była szczęśliwa, że motocykl na którym właśnie stoi jest zdecydowanie wyższy o te kilka centymetrów od innych maszyn. Wyciągnęła się do góry jak najbardziej tylko mogła, by nad krzakami ujrzeć do tej pory ukrytą część rozpościerającego się przed nią krajobrazu, wytężyła wzrok i po prawej stronie zobaczyła ledwo widoczną mgiełkę rozbryzgującej się wody. Radośnie zeskoczyła na siedzenie szybkim ruchem nogi składając stopkę boczną, chwyciła za kierownicę i wcisnęła guzik startera. Silnik natychmiast nabrał mocy. Wbiła pierwszy bieg i skierowała się w prawą odnogę. Jadąc zastanawiała się w duchu, czy aby na pewno dobrą drogę obrała.

– tszzzzzz… onia… tszzzzz… esteś? – znajomy głos znów zaczął rozbrzmiewać w słuchawkach.
– Jestem, jestem!! W końcu cię słyszę! Kurde, czemu odjechałeś tak daleko? Nie mogłam w ogóle zrozumieć co do mnie mówisz, a później straciłam cię zupełnie! No i jeszcze to rozwidlenie!
– Bateria w Senie mi padła – głos stawał się coraz wyraźniejszy – Zanim wyłączyła się zupełnie zdążyłem powiedzieć, że trzeba skręcić w prawo. Myślałem, że to do ciebie jeszcze dotarło. A ponieważ tam było strasznie stromo to podjechałem te kilkaset metrów, aż znalazłem to wypłaszczenie, żeby móc się zatrzymać! No i w końcu podłączyłem ładowarkę.
– Tak, kilkaset metrów czy kilka kilometrów? – zapytała z przekąsem.
– Nie przesadzaj, nie aż tak daleko! – odpowiedział przy okazji słysząc zbliżające się znajome odgłosy „tuk tuk tuk” – Oooooo, już jesteś!! To jak się zorientowałaś, że tutaj mamy jechać?
– Kobieca intuicja i rozeznanie w terenie – odpowiedziała Monika.
– Hahahahaha, rozeznanie w terenie, hahahaha. Przecież ty na prostej potrafisz się pogubić nie wiedząc skąd przyszliśmy, hahaha.
– A to cię zaskoczyłam – fuknęła – Widzisz, ja się zmieniam, cały czas uczę! Nie tak jak ty, zapatrzony w ten ekranik doczepiony do kierownicy.
– Hahahaha, dobre, dobre. Podoba mi się. To jak już padnie Garmin to ciebie sobie do kierownicy podczepię, hahahaha. Ok, koniec tego, bo mnie brzuch zaczyna ze śmiechu boleć. Jeżeli dobrze kojarzę, to jeszcze gdzieś z kilometr i powinniśmy być koło wodospadu. Nie mogę się doczekać, by zatopić się w tej lodowatej wodzie! Gotuję się w tym kombinezonie – rozmarzył się Łukasz.
– A ja ci mówię, że nie będzie dalej jak za tym zakrętem – rzuciła pewnie Monika.
– Dobra, dobra. Niech ci będzie, hehehe.

Dwie pomarańczowe maszyny ruszyły do przodu zostawiając za sobą tumany kurzu. Droga, którą się kierowali wiła się wzdłuż zbocza. Najpierw skręciła w lewo, a następnie zanurkowała w prawo za skalistą ścianę. Tam, ku zaskoczeniu Łukasza i radości Moniki wyłoniło się krystalicznie czyste jezioro głośno napełniane przez dumnie opadający wodospad…

 

VIII – KRYZYS

22.11.2020 CHAJUL, GWATEMALA

– Pieprzony KTM! – wysyczał Łukasz – A kuźwa mówili „Kup se japończyka” to nieeeeeeee. Bo lubię cholerę, mówiłem, bo taki on zwinny, bo taki on lekki, bo ma tyle mocy, bo jest taki fajny, pomarańczowy… Walić go, od dziś nie nazywam go KAT, od dziś nazywam go RZEŹNIK. Przecież popatrz co tu się stało!! Istna rzeź!!
– Tak Łukasz, widzę. Spokojnie Kochanie… – starała się załagodzić sytuację Monika.
– Jak kuźwa spokojnie?! – zakrztusił się – Taki burdel zrobiło w tym silniku, że nie mogę. O jaaaa pier… I jeszcze ten deszcz. Kuźwa, nie miało kiedy padać? Naprawdę teraz?!
– Już dobrze – uspokajająco wyszeptała poprawiając naciągniętą na głowę i motocykl płachtę. Ta o dziwo, mimo nawałnicy rozpętanej na zewnątrz, nie zaczęła jeszcze przeciekać. – Nic takiego przecież się nie stało. Poza tym masz zapasowe dźwignie, wymienisz je, wyregulujesz zawory i pojedziemy dalej. Wiedzieliśmy, że tak może się stać i jesteśmy na to przygotowani. Pysiek. I tak dobrze, że zawczasu usłyszałeś, że coś zaczęło działać nie tak…
– Trudno było nie słyszeć! Przecież tak zaczęło się tłuc, że wszystkie drapieżniki z okolicy już dawno stąd spierdzieliły. I nie wrócą przez kilka lat, bo trauma na długo im we łbach pozostanie.
– No ok, to w takim razie przynajmniej dziś w nocy nie musimy obawiać się niespodziewanej wizyty i w końcu się wyśpisz. A to już duży plus! – zażartowała Monia.
– O dobry sen na razie się nie martwię, poza tym jak jakieś zwierzę dziś mi podejdzie to mu jebnę!… Moniaaaa! Świecisz sobie czy mi? Kurde, tak to ja nic w środku nie widzę!!
– Już, tak lepiej? – poprawiła latarkę.
– Taaaaak. Plusem dla mnie będzie, jak jakiś syf nie posypał się głębiej do środka! Rolki nie rozwaliły się zupełnie, ale nie wiem co mogło jeszcze zmielić – poziom furii powoli spadał – Podaj mi magnes, sprawdzę czy z tych otworów będzie w stanie wyciągnąć jakieś potencjalne opiłki. Jak coś znajdę, to jesteśmy w czarnej dupie. Silnika nie odpalę, bo go zajadę. Będzie trzeba kombinować jak dostać się do najbliższego warsztatu i tam zrobić z tym porządek. Oby nie, bo na tej drodze nie wyobrażam sobie, że bierzesz mnie na hol…

Monika sięgnęła wolną ręką do miejsca, gdzie ostatnio kotłowały się narzędzia. Odnalazła magnes teleskopowy, poodczepiała od niego śrubki i podała Łukaszowi. Ten rozsunął go i zaczął maglować po kolei we wszystkich otworach, do których mógł się dostać. Wyciągając magnes, za każdym razem dokładnie się mu przyglądał, przeciągał palcem, sprawdzał oleistą maź na obecność kawałków metalu. Nic, czysto.

– Chyba mamy szczęście. – odparł już zdecydowanie uspokojony – Krzywki wyglądają OK. Może wałek nie dostał po dupie tak jak u Borysa. Trochę go naprawa wtedy kosztowała.
– No, pamiętam. Wspominałeś.
– Nic tu więcej chyba nie wymyślę Monia – stwierdził po chwili. – Ryzyk fizyk. Składamy dziada do kupy, wymieniam mu olej i próbujemy. I obym nic nie przegapił. Pojedziemy spokojniej, abym mógł posłuchać czy jakieś dziwne dźwięki nie dochodzą ze środka.
– Dobry pomysł. Od tego klęczenia już mi kolana odpadają! Poza tym, chyba już przestaje padać – uradowała się Monika wysuwając głowę zza płachty.

W oddali majaczyły przepiękne różnobarwne góry. Raz po raz, blask błyskawic nadawał im piorunującej magii i rozświetlał granatowo-brunatną chmurę, z której jeszcze przed chwilą lały się potoki wody. Ciepłymi promieniami pojawiające się na nowo słońce muskało jej chłodne policzki. Monika zamknęła oczy, nabrała głębokiego oddechu i z radością w sercu pomyślała „Kolejny kryzys za nami, kolejna przygoda przed nami…”

 

IX – GÓWNOBURZA

15.12.2020 SAN PEDRO SULA, HONDURAS

(rozmowa w języku angielskim)
– To jak George, jeszcze po jednym piwku?
– Jasne, Lucas. Dobrze się rozmawia. Dla mnie to samo poproszę.

Łukasz wstał z ledwo trzymającego się w całości krzesła, które swoje lata świetności dawno zostawiło już za sobą. Podszedł do baru i dumnie wydukał – Dos cervezas, por favor.
Barman bez najmniejszego grymasu twarzy napełnił dwa kufle złocistym napojem, postawił na ladzie rozlewając przy okazji trochę piany, zagarnął położony przed nim banknot i bez słowa odwrócił się do tylko sobie znanych spraw. Łukasz nie czekał na wydanie reszty. Wiedział dobrze, że w niektórych miejscach nie ma na nią co liczyć, a domaganie się swego nie zawsze może dobrze się skończyć.

– Trzeba nosić ze sobą drobne – zaśmiał się w duchu i ruszył w stronę kompana rozmowy.
– Dziękuję ci bardzo – podziękował George. – To na czym skończyliśmy? Aaaa tak. No właśnie, nie zrozum mnie źle, ale nigdy nie mogłem pojąć ludzi wybierających się w tak odległe zakątki świata motocyklami tak leciwymi i mało wygodnymi jak wasze. Jedno-cylindrowce może i są lżejsze, ale zawsze brak im tej wyrwy i pancerności…
– Oooooo i tu się z tobą nie zgodzę – przerwał mu Łukasz. – Najwidoczniej nigdy nie jechałeś żadną jedno-cylindróweczką. Taka nasza 690-tka wyrywa z butów zanim jeszcze zdążysz odkręcić manetkę. Motocykl wariat! Mówię ci. No i sorki. Ale waga mojego i Moniki motocykla razem wzięta z bagażami jest niższa niż jeden twój GS! I to nawet jak zlejesz z niego całe paliwo!! No i teraz sobie wyobraź: jedziesz ostrą, kamienistą drogą. Kamienie są mokre, śliskie, raz po raz przednia opona schodzi z obranego kursu. Manewrówka takim ciężarowcem staje się uciążliwa, coraz bardziej jesteś zmęczony. Tego dnia coś jazda ci nie idzie i motocykl ląduje na boku co kilkaset metrów. Ile razy jesteś w stanie go podnieść zanim się poddasz i podpalisz go z całym dobytkiem?
– Możesz się zdziwić, mój przyjacielu – zaoponował George. – Nie tak ważna jest waga, jak znajomość techniki samego podnoszenia. Jak robisz to głową a nie mięśniami, to wcale nie jest to takie męczące. A jak dołożymy do tego fakt, że BMW zadbało o odpowiednie ułożenie masy motocykla, to ta maszyna sama stoi w pionie. Prawie się nie wywraca.
– Oj George, chyba za dużo dziś już wypiłeś – zarechotał Łukasz. – Miałem raz do czynienia z tym wyważeniem. I raz mi wystarczy, dziękuję. Poza tym, ilość elektroniki w tym motocyklu mnie przeraża. Same guziki, wskaźniki i lampki choinkowe. ABS-y, ASC-sy, ESA-sy, RDC-sy, sraty-taty… Za dużo tego napakowali. Już nawet nie chcę myśleć ile czujników wcisnęli w silnik. Jeden nawali i szukaj wiatru w polu. Lampki się zapalą, na ekranie wyświetli ci się komunikat „BŁĄD CZUJNIKA – ZAPRASZAMY DO NAJBLIŻSZEGO SERWISU” i pojeżdżone.
– Może i powciskali, ale dzięki temu motocykl reaguje tak, jak powinien – żwawo stanął w obronie swoich racji George. – Jazda staje się bezpieczniejsza. Ponadto one nie nawalają tak często jak ludzie psioczą. To zwykła nagonka tych, co by chcieli takiego mieć, a nie mogą!!
– Hahaha, tak. Każdy go pragnie, taaaaaak! – zaśmiał się na cały głos Łukasz.

Monika siedząca na nieodległej sofie z zaciekawieniem uniosła głowę znad czytanej książki. Widząc jednak stan obydwóch awanturników z dezaprobatą stwierdziła, że lepiej będzie jak tak „ważne sprawy” pozostaną w ich strefie bytu. Nie ma się co wtrącać póki ręce trzymają przy sobie i wróciła do jak długo odkładanej lektury.

– A powiedz mi Lucas, jak to jest z tymi waszymi 690-tkami… – zaciekawiony George nachylił się do zapytanego i wyszeptał – Ludzie na forach rozpisują się o eksplozjach silników, wyrwanych tłokach, łamiących się wałach. Jak to ma się w rzeczywistości? – spytał i z nieukrywanym zadowoleniem rozciągnął się na skrzypiącym krześle.

Mocno podchmielony Łukasz sięgnął po kufel, by uchylić kolejny łyk piwa. Przez myśl przeleciała mu niedawna sytuacja z Gwatemali, kiedy to w jego motocyklu zatarła się rolka popychacza zaworów. Nic nie wybuchło, motocykl jeździ dalej. W sumie to przecież nic takiego się nie stało.
– Jak pakujesz trotyl to wybuchnie, jak przypiłujesz to się złamie, jak wyrywasz… to w końcu wyrwiesz – odparł. – Po prostu, jak nie dbasz to popsujesz. A nasze Kotki potrzebują trochę więcej miłości i tyle. George, ludzie piszą pierdoły, bo klawiaturę mają i im pisać nie zabronisz. Ale pamiętaj, ci co tak piszą pewnie w życiu nawet silnika od środka nie widzieli. I ot co, cała historia. Usłyszeli raz czy dwa, że coś się komuś podziało. A jak przychodzi do serwisu własnych motocykli, to jojczą, że drogo, że olej trzeba wymieniać, że przecież miało jeździć samo. A tutaj jak nie pokochasz swojego motocykla, i to nie ważne jak piękny emblemat lśni na jego plastikach, nie okażesz mu odrobiny miłości i uznania, nie potraktujesz go z należytym szacunkiem, a choćby jak ukochaną kobietę – Łukasz wskazał ręką na siedzącą nieopodal Monikę – to nie dziw się, że twój motocykl kiedyś ciebie odstawi na bok…

George zadumał się przez chwilę, słysząc słowa kompana rozmowy.
– W sumie jak nie pokochasz, to nie pojedziesz – wyszeptał – Nieważne co jest pod siedzeniem…
Spojrzał na odbijające się w pustej szklance światło migocącej żarówki, chwiejnie zerwał się z krzesła i zapytał – To jak Lucas, jeszcze po jednym piwku?
– Jasne George. Dobrze się rozmawia…

 

X – WIGILIA

24.12.2020 PORTORYKO, WYSPY KARAIBSKIE

– Halo, halo? No kurczę Monia, nic nie słyszę. Chyba trochę słabe Wi-Fi tutaj mają. Ooooo, czekaj, jest! Mamuś??
– No cześć synek. Dobrze cię słyszeć! Janusz, chodź. Łukasz dzwoni!
– No cześć! W końcu udało się z wami skontaktować. Czekaj, włączę głośnomówiący, Monika jest obok. – prześlizgując palcem po ekranie telefonu Łukasz przełączył opcje – Teraz powinniście nas słyszeć!
– Hej mamo, cześć tatko – z entuzjazmem przywitała ich Monika – wszystkiego dobrego z okazji świąt!! Zdrowia, zdrowia, zdrowia. Jak najmniej zmartwień i pysznego karpia!
– Dzięki Moniaczku – odrzekł tata – Wam również wszystkiego dobrego. Żeby szprychy w kołach się nie poskręcały i paliwa nie brakowało!
– Haha, to na pewno się przyda! Dzięki tatku! Jak się macie? Wszyscy będą u was w kupie na Wigilii?
– Jak to wszyscy? Was brakuje. Miejsce jest przygotowane jakbyście się jednak zdecydowali! A tak to wiesz, cały czas to samo. Nic nadzwyczajnego się nie dzieje, przynajmniej porównując z tym co wy tam macie.
– To może i dobrze. Macie stabilniej. A w końcu zdecydowaliście się, na którym kontynencie chcecie nas odwiedzić? – zadrwił Łukasz.
– Oj, przestań znów z tym przylotem Łukasz – naburmuszyła się mama – Ty ciągle to samo. Wiesz, jak nie lubię latać samolotem. Poza tym tyle godzin nie wysiedzę – wydąsała niezadowolona, że temat jeszcze nie umarł śmiercią naturalną.
– Ja za to jestem chętny – wtrącił się tata. – Dawaj znać na której wyspie chcecie być na Sylwestra i przylatuję. Patrzę na zdjęcia jakie ostatnio podesłaliście i tęsknię za słońcem i ciepłem.
– Pewnie! Planujemy zostać na Portoryko. Przepiękna wyspa. No i dobrze jest tak się położyć, nic nie robić i tylko chłonąć słońce. I jakie drinki tu mają, tato…
– Ooooooo, to zaraz szukam lotu do was! A mamę zostaw mnie, już ja ją przekonam. Jeszcze przyleci!
– Taaaa, już lecę! – dorzuciła swoje wciąż niezadowolona mama.
– Dobra, dobra. Tylko się tam dziś nie pokłóćcie – uspokoiła Monika.
– Dobrze was słyszeć! Tato daj znać jak znajdziesz jakiś ciekawy transport, to dogramy szczegóły. I wybaczcie, że tak krótko, ale musimy kończyć, bo zamykają knajpkę w której podpięliśmy się do Internetu.
– Nie no, spoko. Rozumiemy. Fajnie, że udało się w ogóle skontaktować! Dam znać jak coś już ogarnę!
– Dzięki. Jeszcze raz wszystkiego dobrego i do usłyszenia!! Papa – Łukasz odłożył telefon i spojrzał na Monikę. – To jak, jedziemy szukać miejsca na rozbicie obozowiska i odpalamy naszą Wigilię?
– Ok, tylko podziękuję Carlos-owi – potwierdziła Monika i skierowała się do osoby stojącej za barem.
– Muchas gracias, Carlos – podziękowała właścicielowi restauracji, który zgodził się na podłączenie do sieci internetowej. – Este llamado fue muy importante para nosotros – dodała.
– De nada chicos. ¿Quizás queréis pasar la Nochebuena con mí familia? En la cena tenemos cerdo asado y ensalada de frutas.
– ¡Si, claro! Voy a preguntar a mi marido si quiere ir también.
– Co powiedział? – przerwał zdezorientowany Łukasz.
– Mamy propozycję Wigilijnej kolacji z rodziną Carlosa. Co Ty na to?
– Spoko, poćwiczę trochę mój migowy, hehehe. Bo po tym ostatnim zajściu to nie chcę już więcej wymachiwać rękami, póki nie wiem, że osoba z którą próbuję się porozumieć ma pokojowe zamiary. Szczególnie jeśli nie mając o tym pojęcia, nawtykam mu.
– Hahaha, faktycznie było nieciekawie. Dobrze, że udało się wtedy to odkręcić. Luzik. Wspominał wcześniej, że będzie jego syn z rodziną, a oni już mówią po angielsku. Będziesz miał się do kogo odezwać – roześmiała się Monika.
– Jak tak to spoko, wkraczamy na bezpieczny grunt. Powiedz, że będzie nam niezmiernie miło dołączyć do jego rodziny…

*****

Wigilia u nowo poznanych przyjaciół była przepyszna. Mięso wieprzowe z grilla przyprawione według rodzinnej receptury, smażone platany i świeżo zrobiony krem kokosowy smakowały lepiej niż jakiekolwiek dania, które mieli do tej pory szansę zjeść w podróży. Zaś rum kokosowy zdecydowanie pomógł przełamać barierę między nie mówiącymi w tym samym języku współbiesiadnikami.

*****

Ostatniego dnia roku z międzynarodowego lotniska Luis Muñoz Marín „wczasowicze” odebrali OBOJE rodziców Łukasza i niespodziankę. Mama Moniki i jej partner, po krótkim telefonie od taty Łukasza postanowili dołączyć do odwiedzin na odległej wyspie.

Próbując nadrobić miesiące odosobnienia Monika ze swoją częścią rodziny ruszyli w głąb lądu chłonąc atmosferę wiecznie kolorowej wyspy i opowiadając o napotkanych w Ameryce Północnej przygodach.

Tata Łukasza urzeczony piaszczystymi plażami i wiecznie ciepłą wodą skusił się na snorkeling. Wymachiwał płetwami i zachwycony rafą koralową, kolorowymi roślinami, różnokształtnymi rybkami nawet nie czuł jak mijają godziny. Skuszona jego opowieściami o podwodnych skarbach większa część ekipy z entuzjazmem dołączyła do niego na kolejne podwodne zwiedzanie.

I nawet, do tej pory źle odczuwająca zmianę klimatu i strefę czasową mama Łukasza, raz po raz radośnie ciągnęła młodych na długie spacery, by w chłodzących falach oceanu i bliskości rodziny nabrać sił, na kolejne miesiące rozłąki…

Udostępnij:

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.