Off-road na poligonie #2

Ostatnio odkryliśmy super drogi do jazdy off-roadowej, ale nie zdążyliśmy przejechać wszystkich w okolicy, więc wracamy na poligon koło Salisbury. Tym razem na dłużej, bo trzy dni! W planach były cztery, ale wyjeżdżamy dzień później ze względu na problemy z moim KTMem – cieknie olej z zawieszenia. Naprawa okazuje się być nieskomplikowana, bo ostatecznie wystarczy wymienić wadliwe o-ringi na regulacji. Ponieważ Łukasz rozbiera zawieszenie pierwszy raz, zajmuje mu to trochę więcej czasu niżby chciał. Nie ma tego złego, trzy dni też są super!

 

Dzień 1.

Nadal nie posiadamy profesjonalnych sakw do obecnych motocykli, więc pakujemy się do dwóch starych, zupełnie nie pasujących technicznie i stylowo. Mocujemy je do stelaża, żeby jakoś się trzymały. Oprócz tego, mamy dwie małe 15 litrowe sakwy kupione razem z motocyklem. Aczkolwiek nie planujemy ich dłuższego użytkowania. Podsumowując jest prowizorka, ale ważne, że funkcjonuje – mamy do czego się spakować i możemy ruszać! 😉

Po drodze Luki niestety traci telefon, który prawdopodobnie wypadł z tank bagu. Orientuje się 30 km dalej od miejsca kiedy ostatni raz go używał. W dodatku jesteśmy na drodze szybkiego ruchu, więc nie ma szans zawrócenia, a tym bardziej zatrzymania się w dowolnymi miejscu. Dopiero na pierwszym możliwym zjeździe weryfikujemy stratę dzwoniąc pod jego numer. Odpowiada tylko poczta głosowa, co utwierdza nas w przekonaniu, że telefon gdzieś tam na asfalcie jest sukcesywnie dogniatany przez każde kolejne nadjeżdżające koła samochodu. Cóż, kiepski to jest początek, ale na szczęście mamy jeszcze drugi telefon, więc nie rezygnujemy z planów.

Po dojechaniu na miejsce, zaskakuje nas informacja, że „nasze stałe” pole namiotowe jest w pełni zarezerwowane. Na szczęście właścicielka zgadza się na rozbicie namiotu na skrawku trawy, który jest już poza wyznaczonym terenem. Za to mamy sympatycznego sąsiada – skubiącego trawkę konia. 😉

Mimo późnej pory, jeszcze wykorzystujemy chwilę czasu i możliwość treningu. Od ostatniego razu jak byliśmy na poligonie sporo padało, więc kałuże są większe, choć nadal jeździ się raczej bezproblemowo. Do tej pory sprawdzaliśmy głębokość każdego bajora zanim decydowaliśmy się brodzić. Zawsze jednak było w miarę płytko, bo znowuż jak bardzo czołgi czy duże samochody mogą wyżłobić ziemię? Zaczynamy więc przejeżdżać swobodnie, choć ja mam łatwiej, bo Łukasz zwykle prowadzi. Jakież jest jego ogromne zdziwienie, kiedy z impetem wjeżdża do kałuży głębszej niż się spodziewał! Co prawda pokonuje ją bezproblemowo, ale woda ochlapuje go całego! Przerwa na czyszczenie wizjera kasku i kamerki – obowiązkowa! A ile radochy! Odnoszę wrażenie, że ma ochotę jeszcze raz tamtędy przejechać, choć ostatecznie odpuszcza. 😉

Oprócz różnej głębokości kałuż, odkrywamy wyrobioną trasę w małym lasku. Wciskamy się i przejeżdżamy nią, mimo że jest przeznaczona dla mniejszych i lżejszych crossów. Chłopaki ewidentnie tutaj szaleją, podskakują na górkach oraz pokonują zakręty mocno pochyleni do boku, nie dając się wyrzucić sile odśrodkowej. Też mamy frajdę, ale w innym stylu.

Wieczorem Łukasz zajmuje się zgłoszeniem zaginionego telefonu, blokadą kart i wszelkich haseł. Uff, po powrocie nowa karta powinna już czekać na niego. Zrobiło się późno, a my spokojniejsi kładziemy się spać.

Dzisiejszego dnia nie odnotowano wywrotek, co jest kolejnym małym krokiem do sukcesu!

 

Dzień 2.

Dzień wita nas promiennym słońcem i zimnym wiatrem. Po pożywnym śniadaniu wsiadamy na motocykle i pędzimy w kierunku, gdzie wczoraj zauważyliśmy nieznaną trasę i obiecaliśmy sobie nią przejechać. Ostatecznie do niej nie docieramy, bo co chwilę znajdujemy coraz nowszy i ciekawszy kawałek terenu do eksplorowania. Mijamy też grupę maszerujących żołnierzy, mimo że jesteśmy jeszcze kawałek od poligonu. Cóż, w okolicy jest pełno koszar.

Do tej pory Łukasz wszystkie przeszkody pokonywał bez szwanku. Prawdopodobnie podczas tego wyjazdu pozazdrościł mi mojego doświadczenia w wywracaniu się i postanawia nadrobić zaległości. Od razu idzie na całość zaliczając trzy wywrotki w krótkim czasie. Przy pierwszej, najzabawniejsza jest jego zdziwiona i zaskoczona mina ewidentnie pytająca „Jak to się mogło stać?!”. Druga opiewa w różnorakie słowa, od łagodnych po mniej sympatyczne. 😉 Przy trzeciej sama pękam ze śmiechu widząc go głęboko wplątanego z motocyklem w ostrokrzewach. Przy każdej próbie ruchu, krzaki powbijane w kombinezon wciągają go jeszcze głębiej do siebie. Na szczęście nadchodzi odsiecz (czyli ja 😉 ) i z trudem wydobywa go z pułapki. Z trudem, bo atak śmiechu nie pomaga.

Popołudniu ma być deszcz, ale mamy nadzieję, że uda się nam się do tej pory wrócić na kemping. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się o konkursie fotograficznym, w którym oceniane są zdjęcia przedstawiające „wakacje z Kwarkiem” (firmą produkującą m.in. odzież termoaktywną). A że my zawsze mamy wakacje, 😉 korzystamy z okazji szukając ciekawego miejsca na zrobienie fot. Luki relaksuje się i odpoczywa siedząc w trawie, opierając się o motocykl. W tle rozciągają się hektary porośniętych wysoką trawą pól, a dopiero gdzieś w oddali majaczą drzewa. Burzliwe, ciemne chmury i porywisty wiatr groźnie zwiastują deszcze… To jest właśnie super sceneria na zdjęcie! CYK! I mamy to! Kolejne ujęcie już trochę inaczej, CYK, i następna fota! Może wygramy…

Chwilę później dopada nas rzęsisty deszcz. Chowamy się pod drzewem, czekając na rozwój sytuacji. Wcale się nie zanosi na poprawę, zatem w ulewie wracamy na kemping. Wszystko jest zimne, mokre i lepkie. Na szczęście mamy ten super komfort, że możemy wziąć długi, rozgrzewający prysznic. Chcemy coś upichcić, ale leje nadal, więc chowamy się pod niewielkim daszkiem od szopy. Na tyle nas chroni, że udaje się rozpalić grilla i zrobić pyszną kolację! Wieczór spędzamy w namiocie – moknięcie w zimnym deszczu nie jest naszą ulubioną rozrywką.

 

Dzień 3.

Ostatni dzień mamy wzbogacony o dodatkowe atrakcje, bo po wczorajszej ulewie, trawa zrobiła się okropnie śliska. Więcej kałuż, więcej błota i większa frajda, ale też większe ryzyko upadków. Dziś ja zaliczam gleby, a Łukasz po wczorajszych doświadczeniach jeździ ostrożniej. Wynik dnia to Monia 2 – 0 Luki. Cóż, bez wywrotek nie ma offa. 😉

W pełni wykorzystaliśmy trzy dni i szczęśliwi, choć poobijani i zmarznięci wracamy do domu.

 

AKTUALIZACJA:

Wygraliśmy konkurs! 🙂 Yay! Jury spodobał się „Człowiek kontemplujący piękno natury. Spokój, moment zatrzymania się. Wyciszenia.” Jaramy się! 🙂

 

Udostępnij:

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.